piątek, 16 kwietnia 2010

Lian Lunson "Leonard Cohen, I'm your man"

Dla kogoś kto lubi Leonarda Cohena ten film jest niezłą gratką. Dowiadujemy się co zrobił Leonard, kiedy jako 9 letni chłopiec stracił ojca. Kim jest dla niego Roshi. Którego zdania i z jakiej piosenki nie pochwaliłaby jego mama. Dlaczego od dżinsów woli garnitury. Kim była Suzanne. Skąd wzięły się chińskie pomarańcze. I wielu innych szczegółów. Film jest dokumentem pomyślanym jako rodzaj hołdu. Fragmenty koncertu przeplatane są wypowiedziami różnych muzyków i samego Cohena. Ciekawe interpretacje Nicka Cave'a, Rufusa Wainwright'a, U2. Ujmujący szacunek jakim cieszy się Cohen w oczach Bono. Ten ostatni zresztą skromnie robi chórek do "Tower of song" i nieśmiało śpiewa jedną zwrotkę. Krótko, zafundowałem sobie dziś po południu mała ucztę. Mniam mniam!

czwartek, 15 kwietnia 2010

Yasunari Kawabata "En el lago" ("Jezioro")

Książka jest jedną z kilku zakupionych w najlepszej hiszpańskiej księgarni, barcelońskim FNACu. Cieszy mnie tym bardziej, że wydano ją w znikomym nakładzie 7000 egzemplarzy. Tak, wiem że jestem szczęściarzem.
Niełatwo jest komentować wrażenia z przeczytania dzieła Mistrza. Kiedy zacząłem pisać ten blog, przemknęło mi to przez głowę. Jak pisać o Jego książkach? W jaki sposób wyrazić niepowtarzalną przyjemność jaka towarzyszy mi zawsze wtedy, kiedy biorę do ręki dzieło Kawabaty? Właśnie staję przed tym problemem. Już po przeczytaniu pierwszych zdań uczucie przyjemności, może nawet rozkoszy opanowało mnie w pełni. Być może nadal  nie wiedziałbym dlaczego tak się dzieje, gdyby nie przedmowa tłumaczki, Amalii Sato z cytatem z autora: "Piękno jest czyste bo wyzwala bezużytecznie zużytą energię, spożytkowaną do osiągnięcia ideału znajdującego się poza zasięgiem". Rzeczywiście, piękno jest głównym bohaterem Kawabaty. Przybiera u niego różne postaci. Raz jest ceremonią herbacianą, wzorem na kimonie, rozgrywką go. Innym razem głębokim uczuciem pielęgnowanym latami na dnie serca. W "Jeziorze" przybiera postać nastoletnich dziewcząt obserwowanych obsesyjnie przez człowieka o brzydkich stopach. Kontrast miedzy pokręconym życiem przegranego włóczęgi, jakie wiedzie Gimpei Momoi i pełnymi blasku postaciami nastolatek powoduje niewiarygodne napięcie. Gimpei nie jest w stanie tego napięcia rozładować. Wycofuje się w swój mroczny świat, potęgując i zwielokrotniając piękno naszego.
Czy muszę dodawać że książka jest genialna?

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Clocks



Po 2 dniach. Zamiast komentarza.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Eisuke Nakazono "Koniec święta"

Z Japończykami jest taki kłopot że nigdy nie wiadomo które z dziwnie brzmiących słów jest imieniem a które nazwiskiem. Przeczytałem tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze dostałem ją w prezencie a po drugie autor jest "made in Japan". Akcja kończy się kiedy... no dobra, nie opiszę zakończenia ;) Zresztą akcja jest całkiem nieistotna z mojego punktu widzenia. Ważniejsze jest tło, czyli tokijskie ulice za dnia i w nocy pod koniec lat 60 i na początku 70 ubiegłego wieku oraz tamto pokolenie japońskich studentów. Czytając "Koniec święta" widziałem oczyma wyobraźni młodego Haruki'ego M. Takiego jakiego mógł widzieć starszy o pokolenie Eisuke. Atmosfera studenckiego buntu i jazzowych barów. W wielu z nich Haruki M. bywał. Jeden z nich przez kilka lat prowadził. Jeszcze wtedy nie wiedział że zostanie pisarzem. Lubię japońską prozę za zaskakujące porównania. Wbiły mi się w pamięć dwa, obydwa na temat słońca. Słońce jak wielka złota ameba, słońce jak odwrócona butelka leżąca na dachu. Japonia jako kraj wschodzącej wielkiej złotej ameby? Dlaczego nie. Jeszcze dwie drobne uwagi o autorze. Spędził w Chinach 8 lat swego życia. Nie zmarł śmiercią samobójczą. Ten ostatni fakt podnosi mnie na duchu...

Antoni Plàcid Guillem Gaudí i Cornet "Casa Batlló"

Casa Batlló znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO, podobnie jak np. kopalnia soli w Wieliczce. Może niekoniecznie jest to wystarczający powód do tego żeby ją oglądać, ale jeśli już jest się w Barcelonie to coś z czasem zrobić trzeba. Padło na casa Batlló, bo i blisko centrum i nieduża i niebanalna z zewnątrz. Nie jestem miłośnikiem ani znawcą architektury ale lubię ładne przedmioty, które zostały zaprojektowane z pewną myślą przewodnią i do tego są funkcjonalne. Ten budynek jest tego typu dużym przedmiotem. Casa Batlló nie przypomina smoka jak podają różne źródła. On jest smokiem. Ma paszczę, kręgosłup, żebra, oczy, łuski, kości... Nawet ogon. Widać to dopiero po wejściu do środka, obejrzeniu wnętrza, wysłuchaniu komentarza z objaśnieniami. Został zbudowany ponad 100 lat temu, kiedy nie znano chyba jeszcze słowa ergonomia a mimo to jest ergonomiczny. W środku czułem się otoczony dziełem sztuki i jednocześnie zapragnąłem bardzo w nim zamieszkać. Albo choć zbudować wierną kopię. Gaudí był geniuszem. Gaudí był szaleńcem. Gaudí był szalonym geniuszem, genialnym szaleńcem.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Manuel González w Palau de la Música Catalana



Palau można zwiedzać. Należy do tych licznych miejsc, jakie warto odwiedzić w Barcelonie. Palau to przede wszystkim sala koncertowa a o wiele przyjemniej jest połączyć zwiedzanie ze słuchaniem muzyki. Jeśli dodam że bardzo lubię gitarę hiszpańską to okaże się jasne, dlaczego po prostu "musiałem" w sobotę posłuchać Manuela. Powyżej wklejam "Wspomnienia z Alhambry" z innego koncertu w tym samym miejscu. W sobotę Manuel miał czarny garnitur bez szalika. Identyczną gitarę, którą całował dyskretnie kłaniając się miedzy kolejnymi utworami. Wirtuozerię. Z niedowierzaniem słuchałem dźwięków szukając bezskutecznie wzrokiem na scenie drugiego gitarzysty, z ciekawością wypatrując gdzież u licha ma trzecią rękę...
Miał tylko dwie ręce. Poddałem się melodii, ujrzałem grube mury Alhambry i usłyszałem cichy szum jej fontann. Poczułem zapach ogrodów Generalife. Lekki wiatr wiejący od strony Sacromonte ochłodził mi twarz. Wspomnień czar. Wszystko za sprawą jednej gitary i niezwykłej pary rąk. Szukam odpowiedniego słowa aby to wyrazić. I nie znajduję go.

Shohei Ooka "Ognie polne"

Odnotowuję bo robi wrażenie ta opowieść. Już od pierwszych zdań zapowiada się mrocznie a dalej jest nie tylko mrocznie ale i tak strasznie że aż nierealnie. Znalazłem świetną recenzję. Jest też film. Czy naprawdę mam ochotę go zobaczyć?