Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dla oka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś dla oka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 kwietnia 2012

Steve McCurry w Santa Cruz

Trzy tygodnie temu w siedzibie Caja Canarias została otwarta wystawa fotografii Steve'a McCurry. Nie wklejam żadnego zdjęcia bo po prostu nie wiem co wybrać, abstrahując całkowicie od kolczastego tematu praw autorskich. Po nieudanym Fotonoviembre 2011, tak nieudanym że nie chciało mi się nawet o tym pisać, fotografie Steve'a kłują w oczy perfekcją koncepcji i wykonania. Nie wiem jak i kiedy minęła godzina z kawałkiem. Wróciłem z intensywnej podróży do innego, fascynującego świata.

środa, 4 kwietnia 2012

Nacho Vigalondo "Extraterrestre"


Fajny film wczoraj widziałem, chciałoby się powiedzieć. Tyle że nie wczoraj a w czwartek i mało brakowało abyśmy obeszli się smakiem bo w czwartek świętowano w Santa Cruz strajk generalny. Z powodu objazdów dotarliśmy do kina 5 minut po czasie, cudem parkując w okolicy baru "Kaplica". Jakby tego było mało okazało się że akurat na "Extraterrestre" nikt nie przyszedł i projekcja się nie odbędzie. Na szczęście po krótkiej debacie udało nam się przekonać operatora że może jednak, skoro już dotarliśmy i w ogóle...
Julio budzi się w obcym mieszkaniu, prawdopodobnie po niezłej imprezie bo nic nie pamięta. Na podłodze znajduje czarny biustonosz a w kuchni jego długonogą właścicielkę (oboje na zdjęciu powyżej). Julia również nic nie pamięta z minionej nocy więc przedstawiają się sobie nawzajem i podejmując walkę z kacem przy pomocy czarnej kawy, usiłują przypomnieć sobie szczegóły minionego wieczoru. Niestety, amnezja jest całkowita i trzeba wrócić do rzeczywistości bez względu na to co się ubiegłej nocy wydarzyło. Tymczasem okazuje się, że rzeczywistość jest jakaś inna. Nie działają telefony, brak programów w telewizji, nie można połączyć się z internetem. Za oknem na ulicy pustki. Nie ma nikogo. Spoglądają w niebo (na zdjęciu powyżej) i dostrzegają olbrzymi latający talerz, obracające się wolno nad Madrytem UFO. Od tej chwili aż do końca filmu trwa bliski poetyce "Rejsu" festiwal pierwszorzędnego absurdalnego humoru. Obcy samą swoją obecnością prowokują najdziwniejsze reakcje a opowieść płynie i komplikuję się bardziej i bardziej w miarę rozwoju sytuacji. Projekt jest niskobudżetowy, nie ma w nim efektów specjalnych jakich można by się spodziewać po filmie o kosmitach. Większość scen nakręcono w tym samym mieszkaniu i okolicy. Brak środków na lasery i eksplozje miał wybitnie dobroczynny efekt na jakość produkcji i kreatywność zespołu. W miejsce wojny światów jest masa pomysłów, dobre aktorstwo i morze śmiechu. Genialne.

wtorek, 6 marca 2012

Nadine Labaki "¿Y ahora adónde vamos?" ("Dokąd idziemy?")



Najnowszy, świeżutki, pachnący Bliskim Wschodem film Nadine Labaki wszedł na ekrany! Po przypadkowym obejrzeniu "Karmelu" czekałem cierpliwie/niecierpliwie (niepotrzebne skreślić), na kolejny autorski film Labaki. O tak, czekałem z niepokojem bo nieraz już tak bywało że po dobrym filmie reżyser zaskakiwał nieprzemyślanym pomysłem. Ba, nawet wielki, stary, zgryźliwy Woody Allen miewa wahania formy. Na szczęście tym razem obyło się bez wpadki. Z uśmiechem od ucha do ucha obejrzałem kolejny piękny obraz z warsztatu Nadine. A było to tak. Za siedmioma lasami, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami leżała maleńka wioska, której mieszkańcy żyli ze sobą w odwiecznej zgodzie. W centrum osady stał kościół. Obok kościoła meczet. Przy prowadzącej do nich drodze znajdował się cmentarz. Po lewej stronie chrześcijański a po prawej muzułmański. Ludzie pracowali i odpoczywali, przyjaźnili się i nie lubili bez względu na przynależność religijną. Gdyby nie brodate twarze mężczyzn i schowane pod chustami włosy kobiet nie byłoby możliwe określenie wyznania mieszkańców.
Jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym był przedpotopowy telewizor żony wójta i organizowane przez nią na placyku pod chmurką seanse filmowe. I stąd właśnie nadeszło zagrożenie. Kiedy mężczyźni dowiedzieli się o walkach na tle religijnym w okolicy, napięcie w wiosce zaczęło niebezpiecznie narastać. Niewinne zadawnione spory urosły do rangi śmiertelnej urazy. Od bójki w gospodzie tylko krok do wykopania wojennego topora. W tym przypadku kałasznikowa. Kobiety nie pozostały bierne w obliczu jawnej utraty rozumu przez swoich mężów, synów i braci. Zjednoczone w pragnieniu ocalenia im wszystkim życia, wspomagane zgodnie przez imama i księdza chwytają się najbardziej nieprawdopodobnych sposobów dla uniknięcia katastrofy. Cały film jest utrzymany w klimacie baśniowej opowieści, zdarzenia prawdopodobne przeplatają się z fantazją. Ciepłe zdjęcia i energetyczna muzyka znakomicie dopełniają całości. Już następnego dnia miałem ochotę obejrzeć go po raz wtóry. Mimo upływu kilku dni pragnienie powrotu do świata Nadine Labaki trzyma się mocno... Kiedy trzeci film??



piątek, 24 lutego 2012

Steve McQueen "Shame"

Odebrałem "Shame" jako skrajnie niejednorodny obraz. Wiadomo że prawie zawsze można odnaleźć różne warstwy w dziele filmowym, jednak świadomość ich istnienia pojawia się post factum, po seansie. Tym razem już podczas oglądania widziałem dwa różne filmy, ostro oddzielone od siebie jak dwa niemożliwe do zmieszania płyny, w butelce z bezbarwnego szkła. Od strony realizatorskiej doznałem nieomal fizycznej rozkoszy. Oświetlenie, praca kamery, zbliżenia i plany perfekcyjnie tworzą zamierzony nastrój, od początku wprowadzają widza w sam środek życia bohatera. Dobrze dobrana muzyka potęguje efekt. Powstaje wrażenie oglądania świetnego filmu. Moim zdaniem to wrażenie jest złudne i powierzchowne. Za więcej niż przyzwoitym warsztatem filmowym nie kryje się nic albo prawie nic. Nie ma ciekawej historii, oryginalnego przesłania. Innymi słowy król jest nagi. W drugiej warstwie widzę banalną opowieść o uzależnieniu. Pomysł na uzależnienie od seksu a nie od alkoholu, hazardu czy zakupów ma dodać atrakcyjności obrazowi i do pewnego stopnia reżyser osiąga ten cel. Przyznaję że wolę oglądać sceny łóżkowe niż na przykład grubasa objadającego się hamburgerami albo pijaka z butelczyną za pazuchą. Nie zmienia to faktu, że mechanizm nałogu jest identyczny a los nałogowca tak tragicznie przewidywalny że aż nudny. Poza tym nie lubię aktorstwa Fassbendera. Z drugiej (a nawet trzeciej) strony, okoliczność wyjścia z kina z mieszanymi uczuciami godna jest odnotowania. Zatem odnotowuję.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Szlakiem migdałowców...

...przeszliśmy w tym roku 2 lutego, tak więc zamieszczam zdjęcia z małym poślizgiem. Trasa wiodła z Valle de Arriba położonego obok Santiago del Teide do Arguayo. Było bezwietrznie ale chłodno, 8 stopni rano i niewiele więcej w południe. Mam wrażenie że w tym roku zakwitło więcej kwiatów niż w ubiegłym. Być może dlatego że dzień był bardziej słoneczny. Ale po co tyle gadania, kiedy istotny jest przekaz wizualny. ¡Damas y caballeros: migdałowce (Amygdalus communis L.) zakwitły!















niedziela, 12 lutego 2012

Iciar Bollaín, Verónica Echegui: "Katmandú, un espejo en el cielo"

Czekałem na ten film z trzech powodów i wszystkie są wymienione w tytule posta. Po pierwsze Iciar Bollaín, której "También la lluvia" oczarowała mnie, pozostawiła wrażenie obejrzenia jednego z najlepszych filmów ubiegłego roku. Po drugie Verónica Echegui, całkiem niedawno świetna w roli Emmy. Zwraca uwagę intrygującym szorstko-matowym niskim głosem i tajemniczym uśmiechem na ustach. Po trzecie wreszcie góry i Nepal albo Nepal i góry jak kto woli. Wysokich gór nigdy za wiele. Jednakże tam gdzie dominują wygórowane oczekiwania, większe jest ryzyko zawodu i to właśnie mi się przytrafiło. Niestety, panie w których pokładałem wielkie nadzieje wybrały się na wycieczkę w góry Mustang bez jasno określonego pomysłu na film. I to widać. Historia opowiedziana została pobieżnie i nieprzekonywająco. Miejscami łzawo, ocierając się o tani sentymentalizm. Drażniło mnie traktowanie Nepalczyków przez filmowców z pozycji kolonialisty. Oczywiście nie bezpośrednio, ale gdzieś podskórnie wyczuwa się poczucie wyższości realizatorów nad ciemnym rdzennym ludem. Nie zawiodły jedynie krajobrazy, majestatyczne, nierealne, bajeczne...
Film powstał na podstawie książki katalońskiej nauczycielki pracującej w nepalskich szkołach. Wydaje się że książka (Vicki Subirana, "Una maestra en Kathmandú") może być ciekawsza od filmu. Jak zwykle, mruczę automatycznie pod nosem.

czwartek, 9 lutego 2012

Alex de la Iglesia "La chispa de la vida"

Szyderczy obraz rzeczywistości medialnej pokazany w tym filmie jest uderzający porażający.  Alex de la Iglesia stworzył karykaturę ze znakomicie narysowanymi postaciami. Główny bohater (Roberto), wypalony bezrobotny spec od reklamy bezskutecznie szuka pracy pukając do drzwi luksusowych gabinetów swoich dawnych kolegów - w tragicznej roli debiutuje José Mota, aktor komediowy i parodysta. Nie mogę odmówić sobie przyjemności wklejenia poniżej fragmentu telewizyjnego programu noworocznego sprzed roku, José Mota to ten pan w białym stroju.



Niestety, jego starania od kilku lat są bezowocne i jedynie bezwarunkowe wsparcie żony (Salma Hayek) utrzymuje go w jako takiej kondycji psychicznej. Po kolejnym nieudanym spotkaniu wraca myślami do początków małżeństwa. Postanawia spędzić z żoną weekend w hotelu zapamiętanym z miesiąca miodowego. Romantyczny pomysł również okazuje się porażką bo hotel przestał istnieć a w jego miejscu powstało muzeum z odrestaurowanym amfiteatrem z czasów rzymskich. Zdezorientowany Roberto trafia tu w momencie uroczystej inauguracji z udziałem miejscowych władz i tłumu reporterów. Porwany przez strumień ludzi dostaje się do środka, gubi w labiryncie korytarzy aby w wyniku splotu nieprawdopodobnych zdarzeń upaść ze sporej wysokości na pokrytą stalowym rusztowaniem scenę amfiteatru. I w tym momencie zaczyna się film. Okazuje się że Roberto nie może wstać. Leży na wznak z rozrzuconymi ramionami w pozycji ukrzyżowanego, rusza rękami i nogami, mówi i myśli normalnie ale w jego głowie tkwi metalowy pręt wystający z rusztowania. Przybyli na miejsce ratownicy pogotowia odmawiają podniesienia go ze względu na ryzyko natychmiastowego zgonu w wyniku krwawienia śródczaszkowego. Kiedy dowiadują się o tym obecni na otwarciu muzeum dziennikarze i reporterzy, wypadek Roberto staje się newsem lokalnym, następnie krajowym i w krótkim czasie międzynarodowym. Warto przyjrzeć się różnym reakcjom na zaistniałą sytuację. Dyrektorka muzeum obawia się o integralność zabytkowych kamieni podczas próby uwalniania rannego. Szef agencji reklamowej, który kilka godzin wcześniej pokazał mu drzwi dzwoni z ofertą pracy. Burmistrz co chwilę odbiera sprzeczne rozkazy z partyjnej wierchuszki i usiłuje zastosować się do nich nie tracąc stołka przy okazji niespodziewanej afery. Sam Roberto zaczyna dostrzegać w niewygodnym położeniu szansę na sukces i postanawia sprzedać wyłączność na jedyny wywiad temu kto da więcej...
Nie zdradziłem tu zbyt wielu wydarzeń, w filmie dzieje się sporo a po projekcji dopadła mnie refleksja na temat celebrytów. Cóż to za dziwny gatunek ludzi. Znani tylko dlatego że z jakiegoś powodu pokazali się w telewizji. Pojawiają się bo ktoś na tym zarabia jakąś kasę. Znikają, bo nie mają nic do powiedzenia i publiczność się nudzi.
Film świetny, dobrze pomyślany, zagrany i zrealizowany. Na filmwebie dałem mu 9/10.


niedziela, 18 grudnia 2011

"Seis puntos sobre Emma"

Film kręcony w Santa Cruz, Puerto de la Cruz, Bajamar. Na wyspie. Wystarczający powód żeby go obejrzeć. Ale poza kilkoma znajomymi ulicami i budynkami jest jeszcze treść. Trochę zawikłana. Emma ma 29 lat. Jest niewidoma. Pracuje w telefonie zaufania i chociaż pomaga innym, nie jest wolna od własnych kłopotów. Zaczyna terapię w grupie niepełnosprawnych. Jest tam dziewczyna na wózku umawiająca się z żigolakiem, chłopak z zespołem Downa próbujący opowiedzieć nieśmieszny dowcip o ślepcach, niesłysząca lesbijka w trakcie wychodzenia z szafy, dziewczyna tak dobrze maskująca swój defekt że nikt się nie orientuje co jej dolega dopóki nie zdecyduje się zdekonspirować. To w dużej mierze film jest o niepełnosprawności, różnych jej wymiarach i przejawach. O tym że niewidomemu niekoniecznie najbardziej przeszkadza brak wzroku a sparaliżowanemu fakt że nie może chodzić. Reżyser wydobył z cienia te prawdy z pewnością także dzięki własnemu doświadczeniu. Dowodził ekipą filmową z inwalidzkiego wózka. Mimo skumulowania wielu trudnych dróg życiowych w jednym filmie, w żadnym momencie nie dominuje uczucie przygnębienia. Wprost przeciwnie, ogląda się dobrze dzięki elementom humoru, zaskakującym zwrotom akcji i uporządkowanej narracji. Uporządkowanej w sześciu tytułowych punktach zaczerpniętych z alfabetu Braille'a. Sześcioma punktami można zapisać każdą literę i w sześciu została opowiedziana historia Emmy. Warto podkreślić, nie głupawa historyjka o grupce normalnych inaczej, lecz barwny obraz zawierający sceny i do śmiechu i do refleksji.

niedziela, 11 grudnia 2011

Roman Polański "Un dios salvaje" ("Rzeź")

Dla miłośników teatru telewizji. Najnowszy film Polańskiego spodobał mi się o wiele bardziej niż kilka poprzednich. Areszt domowy dobrze mu zrobił. Polańskiemu.
Przemyślał fabułę, wybrał odpowiednich aktorów, dopracował szczegóły. Wydaje się, że interesuje go szczególnie zwierzę jakie mieszka w człowieku pod cienką warstwą naskórka, kosmetyków i ubrań. Wystarczy niewielkie zachwianie równowagi aby ten zwierz pojawił się na scenie, zaryczał, drapnął pazurem, użarł boleśnie. Obraz kończy się dokładnie w chwili, kiedy następnym logicznym wydarzeniem powinien być rozlew krwi. Ale zanim do tego dojdzie jesteśmy świadkami festiwalu obłudy, snobizmu, politycznej poprawności i ukrytej niczym czarna mamba pod jedwabnym prześcieradłem chęci mordu. Wiemy że tam jest, widzimy jej kształt i oślizłe ruchy. Nie wiadomo tylko kiedy zechce wyskoczyć i kogo pierwszego ukąsi. Przy okazji dostało się też przemysłowi farmaceutycznemu. Czyżby szczepionka na świńską grypę zaszkodziła ostatnio reżyserowi? Wymierzył precyzyjny cios w podejrzany moralnie związek między biznesem i opieką zdrowotną. Mocno i przekonująco zagrane sceny warte są więcej niż cena biletu do kina. Gratuluję Polańskiemu i proszę o jeszcze. Moja babcia powiedziałaby stary ale jary.

czwartek, 29 września 2011

Andi Baiz "La cara oculta"

"Hay puertas que nunca deberían abrirse" - są drzwi, których nigdy nie należy otwierać. Takie motto głosi plakat z filmu i trudno o lepsze. Film został zrobiony znakomicie, perfekcyjnie opowiedziana historia. Młody, zdolny dyrygent z Barcelony przyjmuje roczny kontrakt w filharmonii w Bogocie. Jedzie do Kolumbii z dziewczyną, zakochaną ale nie bezkrytyczną. Kiedy ta zaczyna podejrzewać romans lubego z jedną ze skrzypaczek, znika z dnia na dzień pozostawiając pożegnalne nagranie wideo. Chłopak załamuje się, ale dość szybko znajduje śliczną pocieszycielkę, wydobywającą go skutecznie z oparów whisky. Do tej chwili historia banalna, ale upłynęło może 5-6 minut filmu. Dalej wciska w fotel i powoduje totalny zanik poczucia czasu. Zaskakujący obraz, świetna muzyka. Zrobiony oszczędnie ale z wizją. Rewelacyjny. Autorzy nie kryją inspiracji "Dzieckiem Rosemary". Potrafili osiągnąć podobny poziom napięcia opowiadając o wiele prostszą i bardziej wiarygodną historię. Ta wiarygodność i prawdopodobieństwo nadają mocy i nie pozwalają o nim zapomnieć. Dawno już nie widziałem tak pełnego filmu. Oj dawno. Należałaby się przyjrzeć bliżej zdolnemu kolumbijskiemu artyście, potrafiącemu wyprawiać takie cuda z wysokości reżyserskiego stołka.

ps: lepiej nie oglądać zwiastuna...

piątek, 23 września 2011

Pedro Almodóvar "La piel que habito"



Pedro nie rezygnuje z badania zjawiska transseksualizmu. Tym razem postawił mikroskop pod nieco innym kątem. Pytanie o wpływ płci ciała jakie zostało nam dane na to kim jesteśmy nie straciło na znaczeniu. Dołączył do niego nowe. Co by było gdyby zmienić ją komuś wbrew jego woli? Czy przeciętny chłopak zmieniony w piękną kobietę pozostanie chłopakiem? A może spodoba mu się nowa rola i nowe możliwości związane ze zmianą skóry? Opinię Almodovara na ten temat poznajemy pod koniec filmu. Własną możemy sobie wyrobić wcześniej. Dla mnie ten wątek jest mniej interesujący niż pytanie o granice rozwoju wiedzy. Antonio Banderas jako szalony naukowiec mieszający geny ludzkie ze świńskimi w celu wyhodowania skóry odpornej na poparzenia może budzić zgrozę albo podziw. Najprawdopodobniej mieszankę jednego i drugiego w różnych proporcjach, zależnie od wrażliwości widza. Dziesięć lat temu te problem należałby do gatunku s-f. Dzisiaj widać wyraźnie, że kwestia sprowadza się do przeznaczenia odpowiedniej kwoty na badania i każdy z nas ma szansę zostać kiedyś Robocopem. Na razie możemy liczyć na sztuczny staw kolanowy, rozrusznik serca, implant ślimakowy. Czy istnieje gdzieś granica miedzy tym co jest technicznie możliwe i tym czego robić w żadnym razie nie powinniśmy? Chyba tak, ale ostatnio nie jestem już tego tak bardzo pewien. Być może wystarczy aby tymi granicami były wola i wolność.
Poza tym, Almodovara jak zwykle ogląda się z przyjemnością.

piątek, 20 maja 2011

Woody Allen "Midnight in Paris" ("Pocztówka z Paryża")

Woody Allen nie zawodzi. Tym razem postanowił zabawić się w Paryżu z żoną prezydenta Francji. Carla Bruni pojawia się drugoplanowej rólce jako przewodniczka muzeum. Ależ ona chuda!
Główny bohater kojarzył mi się trochę z młodzieńczą wersją Gerarda Depardieu. Amerykański początkujący pisarz przyjeżdża na wakacje do Paryża i marzy o życiu w latach 20 tych XX wieku. W niewyjaśniony sposób udaje mu się bywać w wyśnionym świecie do którego zabiera go codziennie po północy samochód z epoki. Woody Allen pozwala nam oglądać jego oczami migawki z życia Hemingweya, Buñuela, Scotta Fitzgeralda, Picassa, Dalego... Film jest lekki i nie udaje natchnionego dzieła sztuki. Allen się bawi a my bawimy się z nim. Starzeje się w uroczy sposób.

sobota, 14 maja 2011

"Norwegian Wood" - znowu to samo - książka była lepsza. Dużo lepsza.




Mógłbym się chyba poczuć wyróżniony, w środę obejrzałem "Norwegian Wood". Poszedłem do kina podekscytowany perspektywą wielkiej emocjonalnej uczty.  Jednak czuję się dużo bardziej zawiedziony niż wyróżniony. Piękna książka została zbeszczeszczona. Tak, nie waham się użyć tego słowa. Powiem więcej, została zbrukana, zmarnowana, sponiewierana a co najgorsze ukazana jako bezmiernie nudna. Obraz utrzymano w konwencji radzieckiego filmu obyczajowego z lat 60 tych XX wieku. Nuda. Rozwlekłość. Gdzie się podział Komandos? Gdzie pobudka i wciąganie flagi? Nuda. Brak fabuły. Dla osoby nie znającej książki całość kompletnie niezrozumiała. Nuda. Dlaczego reżyser postanowił zepsuć tak piękną historię pewnie nigdy się nie dowiemy. Za coś takiego powinien siedzieć.  Może Murakami skrzywdził go w przeszłości i mamy do czynienia z bezwzględnym odwetem godnym Edmunda Dantesa? Przyjmując taką hipotezę roboczą muszę przyznać że zemsta była sroga. Zaprawdę, jeśli ktoś zechce rozpocząć znajomość dzieł Harukiego od pójścia do kina, nigdy w życiu nie sięgnie po żadną z jego książek. Aby uczciwie przedstawić moje wrażenia, nie mogę przemilczeć nielicznych dobrych stron filmu. Pozytywnymi bohaterami są w wymienionej  kolejności:

1. japońska przyroda - ach te zielone lasy, falujące trawy, spienione bałwany bijące w skaliste wybrzeże,
2. uroda aktorek - Naoko i Midori - tak różne a każda na swój sposób urzekająca, oraz
3. tytułowa piosenka The Beatles.

To jednak za mało aby ocenić film w całości pozytywnie. U mnie ma niedostateczny z małym plusikiem za aspekt wizualny.
Pewnie każdy szanujący się murakaminofil będzie chciał wyrobić sobie własne zdanie na temat adaptacji "Norwegian Wood". Nic w tym dziwnego, jednak moim zdaniem wystarczy obejrzeć zwiastun a potem zaszyć się gdzieś z wiadomą książką i przeżyć to jeszcze raz. Tak właśnie mam zamiar uczynić.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Tom Fernandez "¿Para qué sirve un oso?" ("Do czego służy niedźwiedź?")



Do czego służy niedźwiedź? No właśnie, do czego? Odpowiedzi na to i inne pytania raczej nie da się odnaleźć w tej hiszpańskiej komedii, ale na szczęście to komedia i nie chodzi o poszukiwania trudnych odpowiedzi na metafizyczne pytania. W odstępie tygodnia obejrzałem wszystkie (dwa) filmy Toma Fernandeza i już śmiało mogę powiedzieć że podoba mi się jego poczucie humoru. Udało mu się zaprosić do współpracy Geraldine Chaplin - piękna drugoplanowa rola nieco stukniętej Amerykanki. Zagrał również mój ulubiony komediowy aktor hiszpański Javier Cámara. Właściwie powinienem wymienić z imienia i nazwiska całą obsadę bo nie znalazłem w niej ani jednego słabszego punktu. Akcja zaczyna się kiedy jeden z braci naukowców wraca po 10 latach z Antarktydy utraciwszy nadzieję na zatrzymanie efektu cieplarnianego. Postanawia zerwać z nauką i żyć jak normalny człowiek. W tym czasie jego brat zoolog prowadzi życie współczesnego Tarzana. Mieszka w domku na drzewie i od czterech lat z utęsknieniem wypatruje coraz mniej prawdopodobnego powrotu niedźwiedzi. Bracia wyraźnie się nie lubią, ale nieuchronnie dochodzi do spotkania. To co z niego wynika jest zawsze i nieodmiennie śmieszne. Tom Fernandez zrobił nie tylko film zabawny. Jest też miejsce na nieco poważniejsze refleksje na temat tego skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy. Dlaczego chodzimy w wysokie góry i czy ekologia ma sens. Te wątki choć widoczne, nie są mocno wyeksponowane, nie psują radości z oglądania dobrej komedii. Polecam :)

wtorek, 22 marca 2011

Superksiężyc

Schowany za chmurami, rozmyty i niewyraźny. Fascynujący superksiężyc. Zaprasza na spacer po srebrnym dywanie marzeń.

niedziela, 13 marca 2011

Danny Boyle "127 godzin"

Pierwsze wrażenie? Genialnie dobrana muzyka, atakująca w pierwszych scenach, utrzymująca napięcie kiedy "nic się nie dzieje", wyciszająca głosem Dido w końcówce. Historia jest bardzo prosta. Młody egoista wyrusza w góry. W wyniku upadku zostaje uwięziony w skalnej szczelinie. Po kilku dniach staje się jasne, że jedynym sposobem wyjścia z pułapki jest amputacja kończyny na wysokości przedramienia. Nie wierzyłem że może z tego powstać porywający film, jednak ze względu na bliską sercu tematykę zasiadłem w kinowym fotelu i chyba nie poruszyłem się aż do końcowych napisów. Wystarczyło może 30 sekund aby zanurzyć się w historii i odtąd byłem już Aronem Ralstonem.

Wstałem w nocy i pojechałem na pustynię. Gnałem na rowerze do utraty tchu, biegałem dnem rozpadlin, wskakiwałem do podziemnych jeziorek i poderwałem  dwie spotkane przypadkowo laseczki. Umówiłem się z nimi na imprezkę następnego wieczoru. Później ten (beep) kamień przygniótł mi prawą dłoń. Nie mogłem w to uwierzyć. Szarpałem, walczyłem, wołałem o pomoc, próbowałem wykorzystać kilkanaście przedmiotów, które miałem w plecaku. Wszystko na nic. Nadeszła noc a z nią przeraźliwe zimno. Rano odnalazł mnie kruk i poczułem się jak główne danie na ptasiej uczcie. Kolejne dni były podobne. Woda się skończyła i poznałem smak moczu. Miałem kamerę, więc nagrałem materiał z wyjaśnieniem okoliczności mojej śmierci. Wyryłem w skale imię, nazwisko i datę. Dlaczego nie powiedziałem nikomu dokąd się wybieram? Dlaczego nie odbierałem telefonów od matki? Czyżby moja ex miała rację mówiąc że umrę w kompletnej samotności? Wspomnienia i plany luźno pojawiały się w głowie, świadomość zaczęła się rwać i mieszać z dziwnymi wizjami. W malignie ujrzałem przeszłość i przyszłość. Kamień, który przygniótł mi rękę był moim przeznaczeniem. Czekał tu na mnie całą wieczność, żeby pokazać że można żyć inaczej. Liczyć się z uczuciami bliskich jeśli chce się mieć kogoś bliskiego. To ma nawet swoją nazwę: empatia. Postanowiłem odciąć się od przeszłości i przypieczętować decyzję ofiarą z prawej ręki. Złamałem po kolei obie kości. Zacisnąłem opaskę powyżej złamania i pomału ciąłem scyzorykiem. Szkoda że wcześniej stępiłem ostrze, bezskutecznie usiłując usunąć mój kamień. Najgorsze było przerwanie nerwów. Chyba parę razy straciłem przytomność, ale udało się. Wyszedłem stamtąd. Nie mam prawej dłoni ale wiem jak żyć. Myślę, że warto było zapłacić za tę wiedzę, choć cena nie była niska. Teraz kiedy wybieram się w góry, zawsze jest ktoś kto wie gdzie mnie szukać.

Napisy końcowe. Jestem w kinie i mam obie dłonie. Nadal słychać hipnotyzujący śpiew Dido. Obok bez ruchu siedzi U. Nie jestem Ralstonem, ale zapamiętam jego lekcję tak, jak gdyby była moja. Czas podnieść się i ruszyć do wyjścia.

wtorek, 8 lutego 2011

Teide w śniegu



Od 2 tygodni mamy zimę. Zima tym różni się od lata że czasem pada deszcz i robi się przyjemnie zielono. Słońce nie pali bez zmiłowania. Może by chciało, lecz litościwe chmury chronią przed jego drapiącymi pazurami. Dobry to czas na górskie wędrówki. Fotkę zrobiłem z Finca de Guergues. Na pierwszym planie zielone stoki kończące się klifem tuż za plecami. Na drugim grzbiet masywu Teno. Na trzecim rozłożysty krater Pico Viejo z kuszącą piersią Teide na lewo, obydwa pokryte śniegiem. Pokryte śniegiem. Soczyste jabłko, prażone migdały, chłodna woda na drugie śniadanie. Na dopełnienie pucharu szczęścia.

czwartek, 3 lutego 2011

"También la lluvia" Icíar Bollaín

Film o niezachęcającym tytule,  niereklamowany, schodzący pomału z ekranów w tej części świata a jednak odciskający wyraźny ślad w duszy. Przeplatają się dwie historie. Hiszpańska ekipa kręci w Boliwii za amerykańskie pieniądze film o początkach podboju Nowego Swiata. Widzimy Kolumba obejmującego Santo Domingo we władanie hiszpańskiej korony, bezwzględność konkwistadorów w gromadzeniu złota, bezradność i nędzny los Indian. Na okrutne sceny sprzed 500 lat i beztroskie życie dzisiejszych aktorów nakłada się boliwijska rzeczywistość w jakiej przyszło im pracować. Trafili w sam środek konfliktu miejscowej ludności z rządem o prywatyzację wody w Cochabambie. Statyści jednego dnia grają gnębionych przed wiekami przodków, następnego wychodzą na ulicę aby protestować przeciw drakońskim podwyżkom cen wody.
Filmowcy początkowo nie widzą powodu do angażowania się w wojnę o wodę. Pada zdanie: nie martwmy się o wodę dopóki do picia mamy szampana. Stopniowo zaczynają dostrzegać analogię między wyzyskiem prowadzonym przed wiekami przez konkwistadorów i dzisiejszym kapitalizmem. Uderza rozmowa reżysera z przedstawicielem boliwijskiej władzy:

  - Jak mogą płacić tyle za wodę zarabiając zaledwie 2 dolary dziennie?
 - A to ciekawa zbieżność danych, bo słyszałem że płacicie statystom dokładnie 2 dolary za dzień pracy.
 - Tak, ale mamy ograniczony budżet.
 - Jak wszyscy...

Ekipa filmowa odkrywa, że od 500 lat niewiele się zmieniło. Odcięcie ludzi od wody jest równie skutecznym wyrokiem śmierci jak praktykowane niegdyś spalenie na stosie a głodowe płace mają więcej wspólnego z niewolnictwem niż z najemną pracą.
Krótko mówiąc film ciekawy, wystawia sumienie na emocjonalną chłostę i skłania do refleksji nad niezmiennością mechanizmów rządzących światem. Na plus zapisuję świetną obsadę, raczej nieznaną polskiemu widzowi za wyjątkiem grającego reżysera meksykańskiego aktora Gaela Garcii Bernala oglądanego w takich filmach jak "Babel" czy "Amores perros". Wyszedłem z kina ukontentowany mocą obrazu i jednocześnie po raz kolejny pozbawiony złudzeń co do wolności, równości i braterstwa... Pomimo podjętej próby podania krzepiącego zakończenia.

wtorek, 25 stycznia 2011

Kwitną migdałowce

Koniec stycznia i początek lutego to czas podziwiania kwitnących migdałowców. Przychodzi na myśl oglądanie wiśni w pewnym odległym i fascynującym kraju. Kwiaty migdałowca są podobnie urzekające i podobnie nietrwałe. Choć można je znaleźć na prawie wszędzie, tradycyjna wycieczka wiedzie przez pola lawy w okolicach Santiago del Teide na południu wyspy. Tam też skierowaliśmy wczoraj nasze kroki. Mieliśmy sporo szczęścia, kiedy tylko dotarliśmy do Arguayo oberwała się chmura. Przyjemnie patrzy się przez otwarte drzwi baru na pierzynę ciepłego deszczu, sącząc chłodny napój o złotawym smaku. Tymczasem, pozostawiam jeszcze parę zdjęć. Jakoś trudno mi się oprzeć pokusie...



poniedziałek, 13 grudnia 2010

Nadine Labaki "Caramel" ("Karmel")

Duży plus dla programu drugiego telewizji hiszpańskiej. Już nie pamiętam kiedy ostatnio nieoczekiwanie obejrzałem tak zachwycający film. Nadine Labaki: scenarzystka, reżyser, aktorka. Graweruję w głowie jej imię, żeby nie przegapić kolejnego. "Karmel" jest obrazem pełnym życia, niepokoju i spokoju zarazem. Losy pięciu przyjaciółek splatają się w bejruckim salonie piękności. Trudno mówić o akcji, esencją jest obraz, nastrój, spojrzenia, niedopowiedzenia. Również idealnie dobrana muzyka. Marzenia, obawy, namiętności, po mistrzowsku zarysowane przez boską debiutantkę Nadine Labaki. W powietrzu wyczuwa się tchnienie geniuszu. Niech przemówi obraz, niech przemówi muzyka. Na wszelki wypadek powtórzę: Nadine Labaki!

















ps: nie jestem pewien czy z notki powyżej wynika dostatecznie jasno, że film bardzo mi się podobał.