Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lipca 2012

Tenerife w ogniu.

Niestety, po pięciu latach względnego spokoju i niewielkich pożarów powrócił wielki ogień. Spłonęło już ponad 2 tysiące hektarów lasu, ewakuowano kilka miejscowości, zmobilizowano do boju tysiące ludzi. Wygląda to wszystko dość strasznie, ale na szczęście akcja toczy się w innej części wyspy i dowiedziałem się o wszystkim z smsa z Polski:
 - Wszystko u Ciebie ok? Pożary Ci nie grożą?
Nie grożą, przynajmniej na razie, ale po czterech nocach i dniach wiadomo już że całkowite wyeliminowanie ognia będzie możliwe dopiero za kilka tygodni. Płonie Barranco Tágara na granicy Llano de Ucanca. Las ze zdjęcia poniżej, zrobionego podczas jednego z ubiegłorocznych wypadów w góry, już nie istnieje. Podobnie jak wiele innych miejsc. Płoną okolice Vilaflor, Taucho, Ifonche, Guía de Isora. Płoną lasy, wąwozy, domy, zwierzęta i dobytek. Na szczęście ludzi udało się zawczasu ewakuować. Nie wiadomo kiedy wrócą do siebie.

Przy okazji niechcący dowiaduję się interesujących reguł pożarologii praktycznej. Na przykład zasada 3x30 dotycząca czynników ryzyka rozprzestrzeniania się ognia:
1. Prędkość wiatru powyżej 30km/h (spełniony)
2. Temperatura powietrza powyżej 30ºC (spełniony - było wczoraj ponad 40)
3. Wilgotność podłoża poniżej 30 %. (spełniony - jest 6)
Krótko mówiąc sytuacja jest niekorzystna z prognozą krótko i średnioterminową negatywną :(

Na jutubie pojawiły się już rekopilacje obrazków, nie zachęcam do oglądania, wklejam  ku pamięci...




niedziela, 15 lipca 2012

ERROR 0036



Czasem dzwonimy na infolinie dużych firm, banków itp. Wydaje się że coraz trudniej jest uzyskać jakąkolwiek pomoc, połączyć się w końcu z kompetentną osobą. W Hiszpanii jest podobnie a w przyszłości może być jeszcze gorzej. I o tym właśnie jest ten film.

środa, 11 kwietnia 2012

Forestal Park - Las Lagunetas, km 16

Lepiej późno niż wcale. W końcu doszło do otwarcia "Forestal Park" przy drodze z Esperanzy na Teide. Trzeba przyznać że propozycje są ciekawe i przystosowane do różnych możliwości, od łatwych rodzinnych do zapierających dech podniebnych spacerów. W ubiegła sobotę przeszliśmy pięć różnych tras i zostało nam do pokonania jeszcze kilka. Nowy sprzęt, sympatyczni instruktorzy, niezapomniany zapach kanaryjskiej sosny i eukaliptusa. Teneryfa to nie jest idealne miejsce do plażowania, Teneryfa to świat gór..

czwartek, 5 kwietnia 2012

Steve McCurry w Santa Cruz

Trzy tygodnie temu w siedzibie Caja Canarias została otwarta wystawa fotografii Steve'a McCurry. Nie wklejam żadnego zdjęcia bo po prostu nie wiem co wybrać, abstrahując całkowicie od kolczastego tematu praw autorskich. Po nieudanym Fotonoviembre 2011, tak nieudanym że nie chciało mi się nawet o tym pisać, fotografie Steve'a kłują w oczy perfekcją koncepcji i wykonania. Nie wiem jak i kiedy minęła godzina z kawałkiem. Wróciłem z intensywnej podróży do innego, fascynującego świata.

środa, 4 kwietnia 2012

Nacho Vigalondo "Extraterrestre"


Fajny film wczoraj widziałem, chciałoby się powiedzieć. Tyle że nie wczoraj a w czwartek i mało brakowało abyśmy obeszli się smakiem bo w czwartek świętowano w Santa Cruz strajk generalny. Z powodu objazdów dotarliśmy do kina 5 minut po czasie, cudem parkując w okolicy baru "Kaplica". Jakby tego było mało okazało się że akurat na "Extraterrestre" nikt nie przyszedł i projekcja się nie odbędzie. Na szczęście po krótkiej debacie udało nam się przekonać operatora że może jednak, skoro już dotarliśmy i w ogóle...
Julio budzi się w obcym mieszkaniu, prawdopodobnie po niezłej imprezie bo nic nie pamięta. Na podłodze znajduje czarny biustonosz a w kuchni jego długonogą właścicielkę (oboje na zdjęciu powyżej). Julia również nic nie pamięta z minionej nocy więc przedstawiają się sobie nawzajem i podejmując walkę z kacem przy pomocy czarnej kawy, usiłują przypomnieć sobie szczegóły minionego wieczoru. Niestety, amnezja jest całkowita i trzeba wrócić do rzeczywistości bez względu na to co się ubiegłej nocy wydarzyło. Tymczasem okazuje się, że rzeczywistość jest jakaś inna. Nie działają telefony, brak programów w telewizji, nie można połączyć się z internetem. Za oknem na ulicy pustki. Nie ma nikogo. Spoglądają w niebo (na zdjęciu powyżej) i dostrzegają olbrzymi latający talerz, obracające się wolno nad Madrytem UFO. Od tej chwili aż do końca filmu trwa bliski poetyce "Rejsu" festiwal pierwszorzędnego absurdalnego humoru. Obcy samą swoją obecnością prowokują najdziwniejsze reakcje a opowieść płynie i komplikuję się bardziej i bardziej w miarę rozwoju sytuacji. Projekt jest niskobudżetowy, nie ma w nim efektów specjalnych jakich można by się spodziewać po filmie o kosmitach. Większość scen nakręcono w tym samym mieszkaniu i okolicy. Brak środków na lasery i eksplozje miał wybitnie dobroczynny efekt na jakość produkcji i kreatywność zespołu. W miejsce wojny światów jest masa pomysłów, dobre aktorstwo i morze śmiechu. Genialne.

poniedziałek, 19 marca 2012

Esther Ovejero "Viaje"

Na muzycznej pustyni Teneryfy niespodziewanie zbiegły się trzy koncerty i mieliśmy w sobotę mały dylemat. Z jednej strony w Orotavie Luz Casal, której może nie uwielbiamy ale ciekawi byliśmy jak wygląda na żywo. Z drugiej fado w Teatro Leal w Lagunie. Też korci, ale nie była to Mariza wiec... do audytorium skierowaliśmy kroki i po nabyciu w ostatniej chwili dwóch biletów w cenie 15 erło sztuka otrzymaliśmy dość chaotyczny spektakl, muzyczną podróż poprzez dotychczasowe zainteresowania i nagrania Esther Ovejero.Wielki czarny głos. Kiko Perdomo jaśniutko błyszczał na saksofonie i klarnecie. Reszta zespołu grała co najmniej poprawnie, ale czegoś brakowało. Może wybór utworów był niezbyt szczęśliwy, zmieszanie jazzu z muzyką latynoską i elementami afrykańskiej zamieszało mi w kiszkach i wyszedłem z zawrotem głowy oraz uczuciem żalu. Szkoda że marnuje się taki Głos. Porównywalny z głosem Adele, który całkiem niedawno podbił świat. Mocny, głęboki i schowany przed szerszą publicznością..

czwartek, 8 marca 2012

Wiadomość w butelce

A właściwie nie tyle w butelce co na banknocie, jednak z większą nadzieją na dotarcie do adresata. W Polsce, jak mi się wydaje, dość powszechne jest narzekanie na polityków. Można by pomyśleć że mamy najgorszych na świecie. Nie jestem pewien na ile to pocieszające, ale Hiszpanie myślą dokładnie tak samo o swoich. Wyrazem tego nurtu ideowego jest poniższy obrazek:


"Panowie Politycy, ponieważ wiem że prędzej czy później ten banknot skończy w waszych rękach: idźcie w cholerę!!"

Nie mam zamiaru rozstrzygać sporu w sprawie stopnia skorumpowania polskich czy hiszpańskich posłów, radnych i burmistrzów. Moja babcia powiedziałaby że wszyscy są po jednych pieniądzach. Z biegiem lat coraz bardziej doceniam Jej mądrość.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Szlakiem migdałowców...

...przeszliśmy w tym roku 2 lutego, tak więc zamieszczam zdjęcia z małym poślizgiem. Trasa wiodła z Valle de Arriba położonego obok Santiago del Teide do Arguayo. Było bezwietrznie ale chłodno, 8 stopni rano i niewiele więcej w południe. Mam wrażenie że w tym roku zakwitło więcej kwiatów niż w ubiegłym. Być może dlatego że dzień był bardziej słoneczny. Ale po co tyle gadania, kiedy istotny jest przekaz wizualny. ¡Damas y caballeros: migdałowce (Amygdalus communis L.) zakwitły!















niedziela, 12 lutego 2012

Iciar Bollaín, Verónica Echegui: "Katmandú, un espejo en el cielo"

Czekałem na ten film z trzech powodów i wszystkie są wymienione w tytule posta. Po pierwsze Iciar Bollaín, której "También la lluvia" oczarowała mnie, pozostawiła wrażenie obejrzenia jednego z najlepszych filmów ubiegłego roku. Po drugie Verónica Echegui, całkiem niedawno świetna w roli Emmy. Zwraca uwagę intrygującym szorstko-matowym niskim głosem i tajemniczym uśmiechem na ustach. Po trzecie wreszcie góry i Nepal albo Nepal i góry jak kto woli. Wysokich gór nigdy za wiele. Jednakże tam gdzie dominują wygórowane oczekiwania, większe jest ryzyko zawodu i to właśnie mi się przytrafiło. Niestety, panie w których pokładałem wielkie nadzieje wybrały się na wycieczkę w góry Mustang bez jasno określonego pomysłu na film. I to widać. Historia opowiedziana została pobieżnie i nieprzekonywająco. Miejscami łzawo, ocierając się o tani sentymentalizm. Drażniło mnie traktowanie Nepalczyków przez filmowców z pozycji kolonialisty. Oczywiście nie bezpośrednio, ale gdzieś podskórnie wyczuwa się poczucie wyższości realizatorów nad ciemnym rdzennym ludem. Nie zawiodły jedynie krajobrazy, majestatyczne, nierealne, bajeczne...
Film powstał na podstawie książki katalońskiej nauczycielki pracującej w nepalskich szkołach. Wydaje się że książka (Vicki Subirana, "Una maestra en Kathmandú") może być ciekawsza od filmu. Jak zwykle, mruczę automatycznie pod nosem.

czwartek, 9 lutego 2012

Alex de la Iglesia "La chispa de la vida"

Szyderczy obraz rzeczywistości medialnej pokazany w tym filmie jest uderzający porażający.  Alex de la Iglesia stworzył karykaturę ze znakomicie narysowanymi postaciami. Główny bohater (Roberto), wypalony bezrobotny spec od reklamy bezskutecznie szuka pracy pukając do drzwi luksusowych gabinetów swoich dawnych kolegów - w tragicznej roli debiutuje José Mota, aktor komediowy i parodysta. Nie mogę odmówić sobie przyjemności wklejenia poniżej fragmentu telewizyjnego programu noworocznego sprzed roku, José Mota to ten pan w białym stroju.



Niestety, jego starania od kilku lat są bezowocne i jedynie bezwarunkowe wsparcie żony (Salma Hayek) utrzymuje go w jako takiej kondycji psychicznej. Po kolejnym nieudanym spotkaniu wraca myślami do początków małżeństwa. Postanawia spędzić z żoną weekend w hotelu zapamiętanym z miesiąca miodowego. Romantyczny pomysł również okazuje się porażką bo hotel przestał istnieć a w jego miejscu powstało muzeum z odrestaurowanym amfiteatrem z czasów rzymskich. Zdezorientowany Roberto trafia tu w momencie uroczystej inauguracji z udziałem miejscowych władz i tłumu reporterów. Porwany przez strumień ludzi dostaje się do środka, gubi w labiryncie korytarzy aby w wyniku splotu nieprawdopodobnych zdarzeń upaść ze sporej wysokości na pokrytą stalowym rusztowaniem scenę amfiteatru. I w tym momencie zaczyna się film. Okazuje się że Roberto nie może wstać. Leży na wznak z rozrzuconymi ramionami w pozycji ukrzyżowanego, rusza rękami i nogami, mówi i myśli normalnie ale w jego głowie tkwi metalowy pręt wystający z rusztowania. Przybyli na miejsce ratownicy pogotowia odmawiają podniesienia go ze względu na ryzyko natychmiastowego zgonu w wyniku krwawienia śródczaszkowego. Kiedy dowiadują się o tym obecni na otwarciu muzeum dziennikarze i reporterzy, wypadek Roberto staje się newsem lokalnym, następnie krajowym i w krótkim czasie międzynarodowym. Warto przyjrzeć się różnym reakcjom na zaistniałą sytuację. Dyrektorka muzeum obawia się o integralność zabytkowych kamieni podczas próby uwalniania rannego. Szef agencji reklamowej, który kilka godzin wcześniej pokazał mu drzwi dzwoni z ofertą pracy. Burmistrz co chwilę odbiera sprzeczne rozkazy z partyjnej wierchuszki i usiłuje zastosować się do nich nie tracąc stołka przy okazji niespodziewanej afery. Sam Roberto zaczyna dostrzegać w niewygodnym położeniu szansę na sukces i postanawia sprzedać wyłączność na jedyny wywiad temu kto da więcej...
Nie zdradziłem tu zbyt wielu wydarzeń, w filmie dzieje się sporo a po projekcji dopadła mnie refleksja na temat celebrytów. Cóż to za dziwny gatunek ludzi. Znani tylko dlatego że z jakiegoś powodu pokazali się w telewizji. Pojawiają się bo ktoś na tym zarabia jakąś kasę. Znikają, bo nie mają nic do powiedzenia i publiczność się nudzi.
Film świetny, dobrze pomyślany, zagrany i zrealizowany. Na filmwebie dałem mu 9/10.


piątek, 13 stycznia 2012

O kawie

W czwartek rano zamieściłem kawowy dowcip a później dopiero zdałem sobie sprawę z mnogości kaw w Hiszpanii. Nie mam na myśli dużej liczby gatunków na sklepowych półkach, tylko sposoby przyrządzania w barach, restauracjach, kawiarniach. Postanowiłem uporządkować własną wiedzę na temat hiszpańskiej kawy i przy okazji powiększyć zasoby internetu o jeszcze jeden punkt widzenia. Na początek drobna uwaga lingwistyczna, kawa (el café) jest rodzaju męskiego, co dobrze jest wziąć pod uwagę przy zamawianiu - (un café por favor) w odróżnieniu od rachunku, który tutaj należy do płci przeciwnej (la cuenta por favor). Niestety, beztroskie poproszenie o kawę prowadzi niechybnie do zdradliwego kelnerskiego pytania: a jaką? W tym momencie możemy wykazać się przygotowaniem do lekcji bądź totalną ignorancją. Od tego miejsca ignoranci mogą swobodnie przestać czytać

  1. Café solo - najbardziej podobna do włoskiego espresso. Mała czarna. Nieco słabsza i serwowana w nieznacznie większej objętości niż we Włoszech. Powszechnie znany akronim definiuje najważniejsze cechy café solo: Caliente, Amargo, Fuerte, Escaso (gorąca, gorzka, mocna, w niewielkiej ilości).
  2. Cortado - do małej czarnej dolewa się trochę mleka i podaje w małej szklaneczce. Całkowita objętość napoju to jakieś 3-4 małe czarne. Na półwyspie wystarczy powiedzieć cortado i już wiadomo jakie ma być, ale nie na wyspach bo tutaj należy określić czy mleko ma być normalne czy skondensowane.
  3. Cortado natural - ze zwykłym mlekiem. 
  4. Cortado leche leche - z mlekiem skondensowanym, ale wyłącznie na wyspach można powiedzieć leche leche i zostać zrozumianym. Na kontynencie mało popularne, występuje pod nazwą:
  5. Bombón - jak wyżej.
  6. Manchado - bardziej mleko z kawą niż kawa z mlekiem. Objętość jak cortado.
  7. Descafeinado - bezkofeinowa. Przynoszą filiżankę mleka i saszetkę rozpuszczalnej bezkofeinowej.
  8. Café con hielo - kawa y lodem, wcale niepodobna do znanej z Polski. Podają 2-3 kostki lodu w szklance do whisky i oddzielnie café solo w małej filiżance. Wlewamy kawę do szklanki z lodem i pijemy. A może w Polsce też tak to wygląda? Nie jestem do końca pewien.
  9. Café con leche - kawa z mlekiem. Podobna do cortado, ale z większą ilością mleka.
  10. Café americano - podobne do kawy z mlekiem ale należy się spodziewać napoju o mniejszej mocy.
  11. Barraquito - specjalność wyspiarska o wyrafinowanym składzie: mleko skondensowane, 43, kawa, zwykłe mleko, kawałeczek skórki cytrynowej, z góry posypane cynamonem. Jeśli mamy szczęście a barman zna się na rzeczy pięknie rozdzielone warstwy składników dodatkowo cieszą oko. Niestety, nie zawsze tak ładnie to wygląda i nie wszędzie dodają 43. Niektórzy uważają alkohol za dodatek całkiem extra i takie barraquito nazywają:
  12. Barraquito especial - albo nawet:
  13. Saperoco - z tą nazwą spotkałem się wyłącznie w Puerto de la Cruz i okolicach.
Uff, wiedziałem że lista będzie długa, ale nie spodziewałem się szczęśliwej trzynastki :)


Okazuje się że zapomniałem o dwóch innych rodzajach:
  • Carajillo - zabawna nazwa dla małej czarnej z łyczkiem czegoś mocniejszego.
  • Capuchino - pisownia hiszpańska, smak i skład wszystkim znany...
I to by było na tyle.

czwartek, 12 stycznia 2012

El café

Poniższa informacja nadeszła mailem i wstrząsnęła mną do głębi. Od dziś nie piję gorącej kawy w plastikowych kubkach...

INFORMATIVO - VASO DE PLASTICO
El café excesivamente caliente, en vaso de plástico, reduce en dos tercios la potencia sexual del hombre:

 

Primero quema los dedos y después la lengua...







środa, 21 grudnia 2011

Tradycja świąteczna, życzenia

Otóż zgodnie z wieloletnią tradycją w okresie świątecznym zawsze coś się w naszym domu psuje. W ubiegłym roku dzień przed Wigilią padła płyta kuchenna. Dwa lata temu 24 grudnia rano bojler. Trzy lata temu tuż po 20 grudnia piekarnik. Cztery lata temu nie pamiętam, ale coś tam nawaliło na pewno. W tym roku jeszcze na sto procent nie wiadomo, ale mam nadzieję że to będzie zmywarka. Bo zmywarka już jest zepsuta i jutro rano mają nam ją zwrócić i zamontować.
A było to tak. Pewnego dnia zatrzymała się w trakcie zmywania. Bez ostrzeżenia. Telefon do serwisu, już na drugi dzień oddzwonił technik, po dwóch kolejnych przyszedł, zdiagnozował problem, skasował 41 euro i poszedł. Mija tydzień. Mijają dwa tygodnie. Nie denerwujemy się wcale, wiadomo że trwać musi. Fachowiec wrócił z nowymi częściami, zamontował. Zmywarka nadal nie działa, ale przy okazji zepsuł się odpływ i podczas zmywania tradycyjnego woda leci do szafki pod zlewem. Naprawiamy. Tym razem technik dzwoni już po 2-3 dniach i ostrzega że przyjdzie z kolegą. Trochę się obawiamy, ale co tu zrobić, chłop porządny bo za drugim razem nie skasował już za nienaprawienie. Przychodzi z kolegą. Załatwili sprawę ekspresowo. Okazuje się że kolega jest z branży transportowej, przyciągnął wózek i zmywarkę zabrali. Kwitu nie zostawili zgodnie z miejscowym obyczajem ale cicho sza, jak kiedyś poprosiłem w sklepie o potwierdzenie w zamian za zepsuty sprzęt to pani najpierw śmiertelnie się obraziła, następnie z politowaniem spojrzała na głupiego obcokrajowca aby w końcu uprzejmie zapytać co ma być napisane. Nauczony doświadczeniem nawet nie pisnąłem o papierku w zamian za grata. Co będzie jak się fachowiec obrazi? Koniec końców zabrali maszynę i zniknęli. Mija tydzień, nawet nie wiadomo kiedy bo ładna pogoda i w ogóle dużo mamy wrażeń. Mija drugi tydzień, przychodzi mi do głowy że mogliby chociaż zadzwonić i powiedzieć na jakim są etapie, czy części dopłynęły z półwyspu czy może nie zmieściły się na statek. W trzecim tygodniu nawet młodszy syn zauważył że w kuchni przybyło pustej przestrzeni. W tej sytuacji podjąłem męską decyzję i dzwonię do serwisu. Okazuje się że usterka naprawiona, właściwie mogliby przywieźć sprzęt i zamontować ale... No właśnie, taka mała niedogodność... Zgubili gdzieś kółko programatora i bez tego kółka to nie bardzo, oczywiście już jest zamówione, szukali, wszędzie szukali, przetrząsnęli wszystko nawet na podłodze, zamówili całkiem nowe kółko i nie trzeba będzie wcale za nie płacić, taka dobra wiadomość. Prawda że dobra? No w sumie dobra mówię, ale tak mniej więcej to kiedy pojawi się kółko (i reszta zmywarki - myślę)? I ile będzie kosztowało (bez kółka)? Już niedługo, pociesza mnie głos w słuchawce. Jak tylko nadejdzie to zaraz już będzie a poza tym kółko na nasz koszt zamówiliśmy, rachunek obejmie zepsute części i tylko jedną godzinę robocizny. Tylko jedną, to prawie nic ale szef kazał jedną to jedną, wyjdzie prawie gratis. Kółko całkiem za darmo będzie i do tego nowe. No tak, nie daję się łatwo zbić z tropu, ale jaki rachunek będzie do zapłacenia?
-180.
Aha, myśle, 180 - już nie jestem ciekaw kiedy ją oddadzą. To ja poczekam mówię łaskawie jakbym miał jakikolwiek wybór, żegnam się chłodno i odkładam słuchawkę. Dwa kolejne tygodnie mijają jak z bicza strzelił. Zmywarka wraca do nas jutro rano. Nie jestem pewien czy to dobrze czy źle. Przyzwyczaiłem się już do obszernego otworu pod blatem kuchennym i teraz nie wiem czy zgodnie z tradycją do soboty zepsuje się coś jeszcze, czy może zmywarka nam zalicza?

Jeśli ktoś wytrwale doczytał do tego momentu, może zechce przyjąć życzenia świąteczne. Wszystko jest w muzyce Omara Sosy (niedawne odkrycie U.), zawarte, zaszyfrowane. Trzeba posłuchać, wsłuchać się, zasłuchać i dowiedzieć co w duszy gra. I tego właśnie Wam w te święta życzę. Abyście odkryli czego naprawdę chcecie i dążyli do tego konsekwentnie.
Oraz sprawnych Artykułów Gospodarstwa Domowego.

niedziela, 18 grudnia 2011

"Seis puntos sobre Emma"

Film kręcony w Santa Cruz, Puerto de la Cruz, Bajamar. Na wyspie. Wystarczający powód żeby go obejrzeć. Ale poza kilkoma znajomymi ulicami i budynkami jest jeszcze treść. Trochę zawikłana. Emma ma 29 lat. Jest niewidoma. Pracuje w telefonie zaufania i chociaż pomaga innym, nie jest wolna od własnych kłopotów. Zaczyna terapię w grupie niepełnosprawnych. Jest tam dziewczyna na wózku umawiająca się z żigolakiem, chłopak z zespołem Downa próbujący opowiedzieć nieśmieszny dowcip o ślepcach, niesłysząca lesbijka w trakcie wychodzenia z szafy, dziewczyna tak dobrze maskująca swój defekt że nikt się nie orientuje co jej dolega dopóki nie zdecyduje się zdekonspirować. To w dużej mierze film jest o niepełnosprawności, różnych jej wymiarach i przejawach. O tym że niewidomemu niekoniecznie najbardziej przeszkadza brak wzroku a sparaliżowanemu fakt że nie może chodzić. Reżyser wydobył z cienia te prawdy z pewnością także dzięki własnemu doświadczeniu. Dowodził ekipą filmową z inwalidzkiego wózka. Mimo skumulowania wielu trudnych dróg życiowych w jednym filmie, w żadnym momencie nie dominuje uczucie przygnębienia. Wprost przeciwnie, ogląda się dobrze dzięki elementom humoru, zaskakującym zwrotom akcji i uporządkowanej narracji. Uporządkowanej w sześciu tytułowych punktach zaczerpniętych z alfabetu Braille'a. Sześcioma punktami można zapisać każdą literę i w sześciu została opowiedziana historia Emmy. Warto podkreślić, nie głupawa historyjka o grupce normalnych inaczej, lecz barwny obraz zawierający sceny i do śmiechu i do refleksji.

wtorek, 13 grudnia 2011

Russian Red "Timing is Crucial"

Niedawno wyszła druga płyta "Russian Red". Swojsko brzmiący tytuł "Fuerteventura" zachęcił mnie do jej wysłuchania i porównania z poprzednim krążkiem "I Love Your Glasses". Jestem bardzo przyjemnie zaskoczony. Podczas słuchania wyświetlił mi się w głowie obraz dużego kuchennego robota/miksera. Do pojemnika wpadają fragmenty płyt różnych wykonawców. Szefowa kuchni dobiera proporcje, przyprawia własnym głosem, wciska guzik start. Po krótkiej chwili z małej szufladki z boku wyskakuje nowa płyta. Wkładam ją do odtwarzacza i staram się odgadnąć jakie składniki zostały użyte. Słyszę latynoskie rytmy Juliety Venegas, ostry głos Kate Bush wpadający w Katie Melua, gitarę basową Norah Jones, brzmienie The Beatles a nawet ślad Elvisa Presleya. I wiele innych. Najdziwniejsze jest to że wszystko razem  do siebie pasuje. Przyjemnie się słucha w samochodzie. Trudno mi było zdecydować co wkleić poniżej. Ostatecznie zalinkowałem ascetyczne "Timing is Crucial" ze starszej płyty ze względu na dyskretny urok gitarki.





Może jeszcze "Nick Drake" z Fuerteventury"?

czwartek, 10 listopada 2011

The Gramophone Allstars "He perdido contigo"

Wracamy z U. z Santa Cruz. Najlepsze kasztany są na Plaza España, ale w tym roku jakoś nam się wcześniej nie składało. Ponieważ jednak i kasztany i Fotonoviembre 2011 i wystawa polskiej fotografii surrealistycznej w TEA... Koniec końców wybraliśmy się i właśnie wracamy. Jest godzina 19.57, za oknem ciemno, w samochodzie radiowa trójka cicho gra.
Mówię: to taka Anna Maria Jopek po hiszpańsku.
U.: to samo sobie pomyślałam.
To wszystko wczoraj, a dzisiaj wklejam ten kawałek:

niedziela, 6 listopada 2011

Gigantyczne jakuzzi...

 ...zwiększa aktywność. Zbliża się pomalutku kolejny etap erupcji. Wysoki gejzer pary wodnej ma cieszyć oczy i wzbudzać grozę, kiedy stożek wulkanu zbliży się bardziej do powierzchni wody. Na razie wszystko kotłuje się i bąbelkuje na głębokości 150 - 200 m. Przedwczoraj ziemia zatrzęsła się z mocą 4,4 stopnia Richtera. Wczoraj po raz kolejny ewakuowano mieszkańców Restingi. Na plaży znajdowane są tajemnicze fragmenty skalne pochodzące z głębin Ziemi. Co będzie dalej?



niedziela, 23 października 2011

Caldera de Taburiente

Roque de Idafe, zgodnie z wierzeniami dawnych mieszkańców wyspy: święta skała.

Cascada de Colores.
Kamyczek z zielonym tupecikiem na drodze z Campamento do Hoyo Verde
Planowaliśmy  pochodzić w ubiegły weekend po Hierro, ale podmorski wulkan nie pozwolił. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wypad na Palmę.
Udało się wejść do Caldery. Udało się zrobić kilka zdjęć. Udało się wrócić bez kłopotu, czego nie mogą powiedzieć 72 osoby ewakuowane przy pomocy śmigłowca trzy dni później.


Brzegi Caldery jak ściany potężnej katedry. Przy ścieżce spora opuncja oferuje wędrowcom czerwone kolczaste owoce.

Mowa Leonarda Cohena: Premios Príncipe de Asturias 2011

Przegapiłem wystąpienie Leonarda Cohena podczas uroczystości wręczenia nagrody. Na szczęście U. się zorientowała i podesłała mi linka. Cohen nie musi udowadniać swojej wielkości, robi to mimochodem, każdym słowem, każdym gestem. Tym razem opowiada o tym,  jak wiele zawdzięcza Hiszpanii i jest w tym przekonujący. Wydaje się że bez Hiszpanii nie byłoby Leonarda Cohena jakiego znamy. Warto posłuchać. Popatrzeć na Jego przygarbione plecy, lekko drżące dłonie, kapelusz pozostawiony na krześle. Warto spojrzeć na trochę wzruszone, trochę rozbawione i zaskoczone miny słuchaczy i pozwolić się zaczarować.

czwartek, 13 października 2011

Zielona plama...

...pojawiła się w okolicy podwodnej erupcji. Jutro plamą zajmie się specjalistyczny statek z dzielnymi naukowcami na pokładzie. Może dowiemy się dlaczego jest zielona i w ogóle dlaczego jest. I co to oznacza.
Tymczasem NASA zdążyła zrobić już tę śliczną fotkę z niepokojącą plamą.