Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 sierpnia 2012

Jun'ichirō Tanizaki "El elogio de la sombra" (陰翳礼讃 In'ei Raisan)

Nie tak dawno wyznałem tutaj że choć spodobał mi się Tanizaki to jednak nie zachwycił. Cóż, być może zacząłem od niewłaściwego zbiorku opowiadań bo oto teraz czuję wewnętrzną potrzebę odwołania tamtych słów. Tanizaki zachwyca, przynajmniej w eseju "Pochwała cienia", wydanym po japońsku w roku 1933, po angielsku w 1977, po hiszpańsku w 1994 i po polsku w ????. Często zdarza mi się pomyśleć w trakcie lektury, że przydałoby się dobre polskie tłumaczenie. Tym razem to uczucie nie opuszczało mnie od pierwszej do ostatniej strony. "Pochwała cienia" jest próbą odpowiedzi na fundamentalne pytanie o przyczyny różnic między Wschodem i Zachodem. Według Tanizakiego podstawą tych różnic jest stosunek do światła. Na Zachodzie dominuje postawa walki z ciemnością, eliminacji cienia. Lubimy oświetlone pomieszczenia, białe ściany, błyszczące sztućce i klejnoty, przezroczyste okna, otwarte jasne przestrzenie. Wschód z kolei przystosował się do współistnienia światła i cienia. Tradycyjne domy są ocienione, przesuwane drzwi shogi pokryte papierem, cenione klejnoty matowe, ceramika i laka czarna. To tylko niektóre przykłady, jakimi posługuje się w swoim eseju Tanizaki. Nieco szokujący jest akapit poświęcony szczegółowej analizie japońskich i zachodnich toalet. Cały tekst jest krótki, ale przesycony celnymi obserwacjami autora, popartymi szeroką wiedzą i erudycją. Do wielokrotnego czytania. Co ja mówię, tego należałyby nauczyć się na pamięć!

Natsume Sōseki "Daisuke" ("Sorekara (それから)")

Kolejna mądra książka Sōsekiego. Najbardziej zadziwia mnie w jego tekstach niesamowita przenikliwość, dar przewidywania przyszłości a raczej przewidywania kierunku rozwoju społeczeństwa. Nie miejsce tutaj na rozwijanie tej myśli, tak uważam i kropka. Daisuke jest synem bogatej rodziny. Wykształcony 30 letni singiel jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Nie ma ochoty podejmować pracy, środki na wygodne życie dostaje niezawodnie raz w miesiącu od ojca. Nie chce również podporządkować się obowiązującym normom obyczajowym i odrzuca kolejne kandydatki na żonę starannie selekcjonowane przez rodzinę. Obserwuje z wyżyn wysublimowanego lenistwa swoich przyjaciół ze studenckich czasów i ich walkę o przetrwanie. Hiraoka właśnie stracił pracę w banku po konflikcie z szefem. Terao usiłuje wyżyć z tłumaczeń w oczekiwaniu na wydanie powieści. Z drugiej strony są ojciec i starszy brat Daisuke, prowadzący dobrze prosperujące przedsiębiorstwo. Ale czy firma na pewno działa zgodnie z prawem? Egzystencja ludzi otaczających Daisuke nie jest dla niego atrakcyjna. Postanawia przekształcić nieróbstwo we własny styl życia i konsekwentnie unika podejmowania jakichkolwiek decyzji. Jak należy się spodziewać, taka postawa jest niezwykle trudna do utrzymania. W końcu dochodzi do sytuacji w której nie może dłużej chować głowy w piasek. Czy wybierze wygodne życie u boku wybranej przez ojca żony czy może poszuka pracy i będzie żył na marginesie społeczeństwa u boku ukochanej kobiety, aktualnie żony Hiraoki? Każdy wybór wydaje się niewłaściwy, choćby dlatego że należy go dokonać. Czytając, do końca nie byłem pewien co postanowi Daisuke. To dla mnie kolejny dowód na mistrzostwo pióra (a może pędzelka) sensei Natsume Sōsekiego. Polubiłem Natsume od pierwszych stron "Panicza" i z każdą przeczytaną stroną utwierdzam się w przekonaniu że warto było dodać go do Ulubionych.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Jun'ichi Watanabe "Za kwietnymi polami"

Na szczęście przed przeczytaniem książki nie zajrzałem do licznych entuzjastycznych recenzji w necie. Srogo bym się lekturą zawiódł, a tak zawiodłem się normalnie i spokojnie, zgodnie z planem i zasadą nil admirari. Bo czyż istnieje japońska książka poprawnie przetłumaczona z angielskiego? Poprawnie, czyli dająca się czytać bez uczucia, że oto zaserwowano danie mocno nieświeże w imię wątpliwych oszczędności na tłumaczeniu z oryginału. Dlaczego, pytam wymachując wirtualną pięścią w stronę wydawnictwa spod znaku harpagona, nie poproszono uprzejmie któregoś z japońskojęzycznych tłumaczy o przybliżenie tekstu polskiemu czytelnikowi? Nie wierzę że ta powieść jest zła. Momentami jest nawet ciekawa, ale przyjemność czytania psują zdania dostosowane do poziomu odbioru przeciętnego trzynastolatka. Mały przykład:
- Dobrze, zgadzam się. -Arinori z przesadą, po amerykańsku wzruszył ramionami i lekko się uśmiechnął, zdradzając tym swą młodość. To miłe zamiast na sztywnego urzędnika ze sprawozdaniem móc tu popatrzeć czasem na coś tak ładnego - powiedział w duchu i wyrwał sobie włos z nosa.
Ginko pomyślała że podróże na Zachód mimo wszystko wywarły na niego dobry wpływ. (str.103)
O co tu chodzi? Czy na Zachodzie urzędnicy państwowi wyrywają sobie włosy z nosa w obecności petentów? A może chodzi o uśmiech, obcy zazwyczaj japońskim urzędnikom? Albo amerykańskie wzruszenie ramionami? Nie, tak naprawdę chodzi o to że urzędnik przystał na żądanie wystosowane przez Ginko Ogino. Tekst pełen jest mniejszych i większych zgrzytów, skutecznie psujących przyjemność czytania. Dodatkowo, postać Ginko jawi się bardziej antypatyczna niż heroiczna. Dobrze ilustruje tezę że suma inteligencji i wykształcenia nie oznacza życiowej mądrości, pozwala jedynie na sprawne odgrywanie wyuczonej roli. Chciałbym na koniec dodać coś pozytywnego na temat powieści Watanabe i od razu przychodzi mi na myśl że czyta się ją szybko. Szkoda że nie bezboleśnie.

piątek, 27 lipca 2012

Yuko Taniguchi "Un océano en el armario"

Yuko Taniguchi jest amerykańską poetką. Mam słabość do prozy pisanej przez poetów. Wydaje się że potrafią zawrzeć więcej treści w tekście, stworzyć nastrój, przekonać że fikcja jest faktem. Tym razem również poczułem siłę poezji w nieskomplikowanej narracji. Jest to historia opowiadana przez dwie osoby: 9 letnią Helen Johnson i brata jej japońskiej babci Ume, Hideo. Mamy rok 1975. Hideo Takagawa mieszka w Japonii, Helen w Kalifornii. Dziewczynka jest świadkiem postępującej dezintegracji  rodziny. Matka cierpi z powodu nieokreślonych problemów psychicznych. Denerwuje się bez widocznej przyczyny, zamyka dzieci na wiele godzin w szafie, opowiada im przerażające historie o duchach. Ojciec po powrocie z wojny w Wietnamie ginie w apatii. Helen próbuje szukać przyczyn takiego stanu rzeczy w historii rodziny matki. Kontaktuje się z Hideo i w towarzystwie wuja wyrusza w podróż do Japonii. Tam poznaje powikłaną i skomplikowaną przeszłość matki i babki. Czy uda jej się odnaleźć klucz do scalenia rodziny? Yuko Taniguchi wykorzystuje okazję aby przypomnieć że sprawy rzadko bywają tak proste na jakie wyglądają a najbardziej niezrozumiałe ludzkie zachowania mogą mieć proste wytłumaczenie w towarzyszących okolicznościach. Przykleić etykietę z negatywną oceną jest łatwo, trudniej odnaleźć pod tą etykietą człowieka z jego wadami i zaletami, z wolą przetrwania. Książka mi się podobała z pewnym zastrzeżeniem. Postać Helen jest mieszaniną przesadnej dla jej wieku dojrzałości i dziecięcej naiwności. Na mój gust odrobinę za mało wiarygodna.

sobota, 21 lipca 2012

Jun'ichirō Tanizaki (谷崎潤一郎) "Siete cuentos japoneses"

"Siedem japońskich opowiadań", taki niewyszukany tytuł nosi liczący 374 strony zbiorek opowiadań autorstwa Jun'ichirō Tanizakiego. Co ciekawe, tylko dwa z nich: Tatuaż (Shisei, 1909) oraz Życie Shunkin (Shunkin-shō, 1933), są wymienione w polskiej wersji Wikipedii. Trzy kolejne: Terror (Kyōfu, 1913), The Thief (Watakushi, 1921) i Aguri (Aoi hana, 1922) odnalazłem w wersji angielskiej. Dwa pozostałe: El cuento de un hombre ciego (Momoku monogatari, 1931) oraz El puente de los sueños (Yume no ukihashi, 1959) najwyraźniej są mniej znane. Jak wskazują daty, opowiadania powstawały na przestrzeni pół wieku. To co może być zapewne zaletą dla japonisty, dla mnie przedstawiało pewną trudność w odbiorze. Przestawianie się na inne tempo, inny sposób narracji. Nie czytało się łatwo. Szczególnie boleśnie zapamiętałem przebrnięcie przez Życie Shunkin. Tu właśnie najlepiej widoczna jest najbardziej charakterystyczna moim zdaniem cecha pisarstwa Tanizakiego. We wszystkich opowiadaniach króluje męczący klimat niepewności. Drobiazgowo opisywane wydarzenia są następnie podawane w wątpliwość, pojawia się inna możliwa interpretacja i chociaż autor sugeruje którą z nich uważa za najbardziej prawdopodobną, pozostawia czytelnikowi wolną ręki w kwestii wyboru prawdziwej wersji. Gdybym miał wybrać najlepsze z opowiadań, wahałbym się pomiędzy Shisei, Momoku monogatari i Yume no ukihashi ze wskazaniem na to ostatnie. Yume no ukihashi jest opowieścią młodego mężczyzny, wracającego pamięcią do czasów dzieciństwa i okresu dojrzewania. Kiedy miał około pięciu lat umiera jego matka. Dwa lata później ojciec żeni się z kobietą do złudzenia przypominającą pierwszą żonę. Macocha jest podobna nie tylko z wyglądu, ma również podobny charakter i sposób bycia. We wspomnieniach chłopca pomału dochodzi do zatarcia różnic miedzy matką i macochą.Często nie jest pewien które wydarzenia są powinien przypisać której z nich. Na to nakłada się fascynacja seksualna drugą matką, mająca jednak źródło w dalekim wspomnieniu pełnych mleka piersi pierwszej. Szczypta perwersji rozbudza uwagę, zdaje się mówić Tanizaki puszczając oko do zdezorientowanego czytelnika. To było dla mnie pierwsze spotkanie z tym autorem. Mimo że opowiadania mi się podobały, nie będę rzucał się łapczywie na inne jego książki. Nie moje klimaty.

niedziela, 15 lipca 2012

Hiromi Trio Project

W środę odbył się w audytorium w Santa Cruz genialny koncert. Nie chcę nadużywać wielkich słów, ale był naprawdę genialny. W filmiku jaki wklejam poniżej Hiromi Uehara mówi: moim celem nie jest przesłanie muzyki z palców rąk do uszu słuchaczy, chcę ją przekazać bezpośrednio z serca do ich serc. Ta sztuka jej się udaje. Od pierwszych taktów czułem się uczestnikiem niezwykłego wydarzenia. Pasja, perfekcja i improwizacja w modelowych proporcjach. Bywa że słucham jazzu, czasem muzyki klasycznej, nie należą one jednak do moich ulubionych gatunków. Ale z muzyką jest jak z jedzeniem, można zaledwie tolerować hiszpańską kuchnię i zachwycić się dobrze przyrządzonym ogonem byka. Takie przyziemne porównanie wpadło mi do głowy kiedy nie mogłem wyjść z podziwu dla wirtuozerii i klasy Hiromi. Jeśli ktoś z obecnych na sali nie znajdował się jakimś cudem w stanie ekstazy, to na pewno ją osiągnął kiedy na widowni zagrała niewyłączona komórka. Wśród publiczności dał się wyczuć nastrój dezaprobaty, nawet nie szmer niezadowolenia, rodzaj bezdźwięcznego dysonansu. Hiromi nie przerwała gry, wydawało się że może nawet nic nie zauważyła. Była w środku swojej muzyki. Ale po zaledwie 20-30 sekundach dzwonek telefonu pojawił się ponownie, tym razem wyczarowany z klawiatury fortepianu, idealnie podobny do oryginału zdawał się być odzewem, sekretnym przesłaniem tylko dla wtajemniczonych. Skończyło się na rozluźniającym śmiechu i krótkich brawach a zabrzmiało tak naturalnie jakby było od początku zaplanowane.
Piszę o Hiromi bo daje nazwę i przewodzi grupie, ale towarzyszy jej dwóch doskonałych muzyków, bez których trudno byłoby osiągnąć ten bliski ideału efekt: na gitarze basowej Anthony Jackson, na perkusji Simon Philips. Kiedy ponownie będę miał możliwość posłuchania jej na żywo, rzucę wszystko i pobiegnę do kasy po bilet. W pierwszym rzędzie.

Poniżej fragmenty wywiadu przeplatane muzyką. Nędzny erzac, ale lepszy rydz niż nic, jak mawiała moja Babcia.


sobota, 21 kwietnia 2012

Shūsaku Endō "El samurái" (侍、Samurai)

Zauważyłem że ostatnio mniej piszę o książkach. To chyba sprawa czytnika, przechodzę płynnie od jednej pozycji do drugiej bez rytuału odkładania przeczytanej książki na półkę, przekładania zakładki, oglądania obrazków czy prostego zważenia tomu w dłoni. To ostatnie w połączeniu z zapachem zadrukowanych kartek diabelnie przyjemne! Poza tym wszystko co ostatnio przeczytałem poruszyło mnie w sposób nie zawsze łatwy do określenia i zamknięcia w prostych słowach. Do "Samuraja" zajrzałem zachęcony interesującą recenzją Aithne, przeczytaną dość przypadkowo przy okazji szukania informacji o "Jestem kotem". Prawdopodobnie bez niej nadal odkładałbym czytanie na później, przekonany że rzecz jest głównie o zatapianiu miecza w trzewiach wrogów i własnych. Tak jednak nie jest. To jest książka o podróży do źródeł człowieczeństwa, o przyczynach pierwotnych potrzeb ducha, o narodzinach wiary. Najbardziej zadziwiająca podróż Hasekury Rokuemona i ojca Velasco odbywa się w ich postrzeganiu świata. Kiedy się poznają trudno o większy kontrast. Zubożały samuraj, poganin zadowolony z twardego wiejskiego życia jakie przypadło mu w udziale oraz ambitny urzędnik organizacji religijnej o światowym zasięgu, marzący o znaczącym awansie w hierarchii. O objęciu biskupstwa Japonii. Złośliwy los kazał im połączyć siły i poświęcić kilka lat wysiłków na wykonanie zadania od początku skazanego na niepowodzenie. Zbliżają się do siebie w sposób zaskakujący nawet dla nich, odkrywając po drodze Boga przegranych, chorych i zagubionych. Boga trzymającego się z daleka od gabinetów polityków, biskupich pałaców i watykańskich bazylik. Docierają do gorącego jądra chrześcijaństwa.
Wszystko to ładnie napisane i okraszone przygodowym smakiem. Książka mi się podobała również dlatego że odkrywa jeden z powodów dla których japońska mentalność jawi mi się dziwnie bliska, biorąc pod uwagę że nigdy w Japonii nie byłem, nie studiowałem kultury ani języka. Pisze Shūsaku Endō że Japończyk szuka równowagi, nie interesuje do gorące ani zimne tylko letnie. Nie interesuje go obietnica lub groźba pośmiertnych kolei losu, tylko to co ma znaczenie tu i teraz. I to mi się podoba. Nie wiem na ile ten obraz jest zgodny z rzeczywistością, ale jakaś przyczyna porażki ewangelizacji w Japonii musi być. Shūsaku odrzuca w książce japońską tradycję religijną i opowiada się po stronie najgłębszej wiary. Paradoksalnie, najgłębsza wiara nie jest możliwa do pogodzenia i globalnymi interesami instytucji religijnych, mówi Endō. Taki wniosek nasuwa się sam, proszę księdza.

sobota, 25 lutego 2012

Takuji Ichikawa "Sayonara Mio"

Nostalgiczna opowieść o miłości. W momencie rozpoczęcia akcji Mio od roku nie żyje. Takkun, samotny ojciec sześciolatka kiepsko radzi sobie z codziennością ze względu na pewne ograniczenia umysłowe oraz liczne fobie. Ma kłopot z załatwianiem codziennych spraw, problemy ze świeżą pamięcią, napady paniki w windzie, kinie, środkach komunikacji. Wszystkie te cechy mają duże znaczenie dla rozwoju akcji. Mio jest jego pierwszą miłością, żoną, matką Yuji'ego. Kilka dni przed śmiercią zapowiedziała Takkunowi że wróci do nich na czas pory deszczowej w kolejnym roku. Jakkolwiek brzmi to nieprawdopodobnie, zmarła Mio pojawia się w życiu swoich dwóch chłopców w ciele z krwi i kości. Następujące wydarzenia są dla Takkuna okazją do ponownego przeżycia najważniejszych chwil związku z Mio, pogodzenia z rzeczywistością i ostatecznego pożegnania. Yuji nie tylko tęsknił za mamą, również zmaga się z pytaniem czy jego narodziny nie przyczyniły się do jej przedwczesnej śmierci. Poza tym w ciągu minionego roku zaczął zapominać. Jak straszne może być dla sześciolatka poczucie zacierania się w pamięci twarzy matki? Książka na pewno nie jest wybitna, jednak czyta się wartko. Historia mimo dużej dozy tkliwości dobrze wymyślona. Liczne zwroty akcji i oryginalne zakończenie nie pozwalają na nudę. Dla mnie jak zwykle smaczkiem i atrakcją są japońskie realia, wschodnia egzotyka codzienności.

sobota, 11 lutego 2012

Natsume Sōseki "Jestem kotem"

Fascynująca książka, drugie spotkanie z autorem i kolejne udane. Zanim zdecydowałem się na napisanie krótkiej notki z lektury, ciekaw byłem co napisali inni, bardziej zaznajomieni z tajnikami literackiego japońskiego ogrodu. Najbliższą mi okazała się być relacja jaką zamieściła na swoim blogu Luiza Stachura. Prawdopodobnie pisząc posta warto byłoby dodać również coś od siebie. Prawdopodobnie zabrzmi to dziwnie, ale nie odebrałem tej książeczki jako powieści satyrycznej, pomimo że podczas czytania śmiałem się w głos i ze łzami szczęścia w oczach czytałem U. na głos długie fragmenty. W moim odczuciu tekst jest bardziej wyrazem rozczarowania człowiekiem, społeczeństwem a nawet rodzajem ludzkim. Rozczarowania, rezygnacji z oczekiwania na poprawę i fatalistycznego pogodzenia z nadchodzącą katastrofą. Tak, jedyną nadzieją na lepsze czasy jest nadchodząca kocia cywilizacja, mówi z obojętnością mędrca Natsume Sōseki.
Jak to możliwe że tak ciężka i głęboka krytyka społeczna została przedstawiona pod przykrywką satyry? Otóż to, gdyby nie potężna dawka absurdalnego humoru, po przeczytaniu należałoby niezwłocznie odpalić zawartość nuklearnych arsenałów. Albo przynajmniej pójść do pasmanterii, kupić metr bieżący gumy do majtek i strzelić sobie w łeb.
W końcu, arcyciekawa wydała mi się notka o autorze, napisana przez tłumacza, pana Mikołaja Melanowicza. Przeczytałem ją chyba z pięć razy...

wtorek, 27 grudnia 2011

Yukio Mishima "Los años verdes" (青の時代; Ai no jidai)

Mała perełka dla zainteresowanych Mishimą. Książka wydana w Japonii w 1950 roku, ale po raz pierwszy przetłumaczona na język europejski i wydana w Hiszpanii w 2009. Czy warto było czekać? Moim zdaniem tak, tym bardziej że wolę wczesnego Mishimę, mniej skomplikowanego, mniej uwikłanego we własne dylematy. Makoto Kawasaki, młody potomek tradycyjnego, szlacheckiego rodu usiłuje odnaleźć miejsce w życiu w pogruchotanych realiach powojennej Japonii. Kieruje się logicznym rozumowaniem, czerpiąc z uporządkowanej niemieckiej myśli filozoficznej, oraz nienawiścią do ojca. Cechuje go całkowity brak empatii. W działaniu posługuje się ludźmi w sposób inteligentny a jedynym wyznacznikiem słuszności jest osiągnięcie celu. Kiedy poznaje kobietę która naprawdę mu się podoba, postanawia zdobyć ją i porzucić dokładnie wtedy, gdy ta zapragnie z nim być. Z niemałym zdumieniem dowiaduje się że dziewczyna jest w pewnym sensie do niego podobna, chce związać się z mężczyzną wyłącznie dla pieniędzy. Makoto pisze plan: zdobyć majątek, zdobyć kobietę, porzucić ją. Zakłada firmę pożyczającą pieniądze na duży procent. Z punktu widzenia ówczesnej obyczajowości prowadzenie agencji towarzyskiej byłoby wyżej cenione w hierarchii społecznej niż lichwa. Ale pecunia non olet. Z biegiem czasu nie jest w stanie zarobić na procent jaki obiecuje wierzycielom, więc oddaje odsetki z pieniędzy pożyczonych od kolejnych klientów. Powstaje klasyczna piramida finansowa. Makoto wie, że system musi upaść ale brnie dalej paląc za sobą kolejne mosty. Tyle w skrócie na temat treści. Historia podstawowa jest bardzo prosta, ale pod nią znajduje się cały ukryty świat idei, wartości, życiowych celów jakie kształtowały się w umyśle Yukio Mishimy w okresie młodości. Mogę się nie zgadzać z jego światopoglądem, ale nie sposób zaprzeczyć że jest niezwykle spójny.
Podobno historia Makoto Kawasaki wydarzyła się naprawdę, co dodaje książce nowych kolorów. Postać Mishimy jest dla mnie intrygującą zagadką. Czytając jego wywody nie sposób się nie zgodzić z ich stalową logiką a mimo to cichy głos w duszy mówi mi że musi tu tkwić duży, zakamuflowany błąd.

wtorek, 6 grudnia 2011

Keigo Higashino "La devoción del sospechoso X". ("Yōgisha X no Kenshin 容疑者Xの献身")

Nie wszystko złoto co się świeci i nie wszystko co się tłumaczy z japońskiego na hiszpański warte jest przeczytania. Niby prawda, ale od czasu do czasu daję się nabrać na skośne oczy na okładce i japońskie nazwisko drukowane wielkimi literami. Tym razem rzecz była o dobrym, szlachetnym wręcz mordercy, jego wyzutej z wszelkich oznak moralności ofierze, genialnych matematykach i przygłupich gliniarzach. Historyjka infantylna, niezbyt wciągająca, napisana dla dorosłych którzy wierzą jeszcze w świętego Mikołaja. Okazuje się zresztą, że autor pisuje również dla dzieci. Sprostuję informacje z Wikipedii. Autor pisuje wyłącznie dla dzieci. Dominujące uczucie po przeczytaniu: zawód.

czwartek, 17 listopada 2011

Yukio Mishima "El sol y el acero" (太陽と鐡 "Taiyō to Tetsu")

Czuję się po tej lekturze przygnębiony. Na 100 stronach formatu kieszonkowego Mishima wyjaśnia motywy swojego samobójstwa. Momentami pokrętnie, posługując się specyficzną orientalną logiką, ale główny nurt argumentacji pozostaje przejrzysty i wiedzie do jednego wniosku. Trudno w to uwierzyć, jeszcze trudniej zaakceptować. Yukio Mishima zabił się z ciekawości. Chciał poznać życie do jego granic. Dotknąć tych granic i przekroczyć je. W tekście posługuje się porównaniem zapożyczonym od któregoś z niemieckich pisarzy: nie można obejrzeć środka jabłka z gniazdem nasiennym patrząc tylko na skórkę. Aby dowiedzieć się prawdy o środku jabłka trzeba je rozciąć nożem. Mishima potraktował to dosłownie i opracował szczegółowy plan, którego realizacja zajęła kilkanaście lat. Poszedł dalej, zaostrzył kryteria. Zgodnie z nimi, to za mało odebrać sobie życie aby dotrzeć do jego najprawdziwszego sedna. Należało najpierw doprowadzić ciało i ducha do perfekcji. Jakiż sens miałoby zabijanie słabego, bladego i chorowitego ciała? To Mishimie nie wystarczyło. Postanowił najpierw wytrenować je, wyrzeźbić mięśnie w siłowni, uzyskać precyzję ruchów treningiem kendo, elegancję ekspresji pracą literacką. Dopiero takie życie, pod każdym względem bliskie doskonałości, zyskiwało odpowiednią wartość. Tylko najcenniejsze życie warte było doświadczenia śmierci samuraja. Tytułowe słońce miało zabrązowić skórę bohatera. Mięśnie winny uzyskać twardość stali. Równą twardości miecza. Oczywiście podczas lektury zadawałem sobie pytanie o zdrowie psychiczne Yukio Mishimy. Granica miedzy zdrowiem a drobnymi nieprawidłowościami u wybitnego pisarza jest cienka jak ostrze katany. Ciekaw jestem o czym myślał po wykonaniu rytualnych pchnięć, zanim głowa potoczyła się po tatami. Nie było już odwrotu. Czy był zadowolony z realizacji dzieła swojego życia i śmierci? Czy dostrzegł środek jabłka? Ciekaw jestem i wiem, że któregoś dnia poznam odpowiedź. Nie czekam na ten dzień. On przyjdzie sam. Do każdego kiedyś przychodzi.

piątek, 28 października 2011

Ōgai Mori "La bailarina" ("Maihime", 1890)

Uwielbiam takie dobrze napisane starocie. Ōgai Mori pisząc to króciutkie opowiadanie miał zaledwie 28 lat, ale poradził sobie z nim jakby pisał od wieków. Zwięzła forma, bez marnotrawstwa słowa. Treść przywodząca na myśl trochę dziewczynkę z zapałkami, trochę zwiędły listek na falach  oceanu. Ōgai Mori był jednym z pierwszych Japończyków przybyłych do Europy na skutek otwarcia Japonii na świat w 1868 roku. W 1890, kiedy powstało opowiadanie, otwarcie to trwało zaledwie od 22 lat. Próbuję sobie wyobrazić jak reagowali berlińczycy na widok Japończyka na ulicy w roku 1884, kiedy Mori rozpoczął stypendium. Jakie wrażenie wywarła na nim europejska kultura i obyczajowość? Podejrzewam, że był w głębokim szoku i z tego szoku zrodziła się maleńka perełka pod postacią niniejszej książeczki. Z szoku, ale także zapewne z tajemniczego romansu ze złotowłosą, błękitnooką nordycką pięknością. Z ciekawostek od wydawcy: "La bailarina" powstała w tym samym domu w Hongo, w którym następnie Natsume Sōseki napisał "Panicza" oraz "Jestem kotem". Przypadek czy atmosfera miejsca?

wtorek, 18 października 2011

Murakami i Nothing Box


Trudno mi było w to początkowo uwierzyć. Murakami w trzecim tomie „1Q84”, na stronie 283 pierwszego wydania,  opisuje zjawisko nothing box. Zjawisko tak  fascynujące, że ochrzciłem bloga jego imieniem. Jeżeli wczoraj uważałem że Murakami Haruki znajduje się tuż tuż  w zasięgu reki, pomyliłem się. On jest we mnie w środku, a przynajmniej jakaś jego wyraźnie odczuwalna część.  Subiektywnie, wiedziałem o tym od dawna. Teraz dysponuję dowodem.

“Desde que se escondía en ese piso, lograba que su mente se quedara en blanco. Podía vaciarla a su antojo, en particular cuando contemplaba el parque desde el balcón. Sus ojos vigilaban diligentemente el parque. Sobre todo el tobogán. Pero no pensaba en nada. Aunque no, seguro que su mente sí pensaba en algo, pero sus pensamientos siempre estaban latentes. Ella desconocía qué era lo que su mente pensaba. Sin embargo, regularmente se manifestaba. Del mismo modo que las tortugas marinas o los delfines salen a la superficie para respirar. En estos momentos descubría lo que había estado pensando hasta entonces. Al rato, su mente se llenaba los pulmones de oxígeno nuevo y volvía a sumergirse. Desaparecía de su vista. Y Aomame ya no pensaba en nada. Convertida en un dispositivo de vigilancia envuelto por un blando capullo, dirigía su mirada absorta hacia el tobogán.”
Tłumaczenie z japońskiego na hiszpański: Gabriel Álvarez Martínez. Wydawnictwo Tusquets Editores, 2011


„Odkąd ukrywała się w tym mieszkaniu, potrafiła oczyścić umysł z myśli. Mogła opróżnić go na zawołanie, zwłaszcza kiedy z balkonu obserwowała park. Jej oczy starannie śledziły ten park. Przede wszystkim zjeżdżalnię. Ale nie myślała o niczym. Chociaż nie, na pewno jej umysł o czymś myślał, lecz jego myśli były zawsze niewidoczne. Nie wiedziała o czym myślał jej umysł, jednak regularnie pozwalał jej to zobaczyć. W ten sam sposób w jaki morskie żółwie czy delfiny wynurzają się na powierzchnię i oddychają. W tych momentach odkrywała o czym właśnie myślała do tej pory. Po chwili, jej umysł wypełniał płuca świeżym tlenem i ponownie się zanurzał. Znikał z jej pola widzenia. Wtedy Aomame o niczym już nie myślała. Zamieniona w owinięte miękkim kokonem  urządzenie monitorujące,  zwracała zamyślony wzrok w kierunku zjeżdżalni.”
Tłumaczenie z hiszpańskiego: m.

piątek, 23 września 2011

Seishi Yokomizo "El clan Inugami"

Zabawna książka. Kryminał pół żartem pół serio. Główny bohater, detektyw Kindaichi jest podobny do Sherlocka Holmesa, trochę do porucznika Colombo, może tylko odrobinę sławniejszy i sprawniejszy niż obydwaj razem wzięci. Detektyw pojawia się na scenie w związku z serią okrutnych morderstw w Bardzo Bogatej Rodzinie, liczącej na Bardzo Duży Spadek po szczęśliwym zgonie Patriarchy Rodu.
Niestety, testament został skonstruowany w sposób dziwaczny. Kto zabija i dlaczego? Jaka jest motywacja mordercy, a może morderców? Kto powinien za wszelką cenę przeżyć aby pieniądze nie przepadły? Kindaichi dedukuje z zapałem a czytelnik wraz z nim, ale każdy kolejny krok do rozwiązania tajemnicy okazuje się fałszywy. Konstrukcja książki przypomina bardziej zagadkę logiczną ze zbioru krzyżówek niż kryminalną powieść. Dla mnie główną zaletą było japońskie tło: zwyczaje i mentalność. Jak zwykle różne od europejskich, jak zwykle egzotyczne.

niedziela, 17 lipca 2011

Yukio Mishima "Nieve de primavera" ("Haru no yuki")

Pierwsza część tetralogii Yukio Mishimy ukazuje dziwny świat. Początek XX wieku, zaraz po wojnie rosyjsko-japońskiej. Kręgi arystokratyczne, zbliżone do cesarskiej rodziny. Atmosfera przywodząca na myśl średniowiecze. Kiyoaki Matsugae - zakochany młodzieniec pełen dumy i sprzeczności. Satoko Ayakura - piękna, subtelna i wykształcona. Shigekuni Honda - wierny przyjaciel Kyioaki'ego, niemy świadek nadchodzącej tragedii. W tych okolicznościach i towarzystwie przyglądamy się niemożliwej do zrealizowania miłości. Autor przeprowadza nas od początku do końca historii w taki sposób, jakby chciał się nieco podroczyć. Zmienia plany, w najciekawszych  miejscach akcji spokojnie przechodzi do dokładnego opisu malowidła widniejącego na parawanie, albo informuje o szczegółach spaceru małego żuczka. Rytm opowieści nieustannie faluje, momentami senny, momentami frenetyczny. Dominuje dbałość o szczegół, tchnienie perfekcjonizmu. Widać pragnienie stworzenia pięknej historii, zrealizowane z powodzeniem. Przy okazji dowiadujemy się sporo o dawnej Japonii, jakiej już nie ma. Dla której Mishima odebrał sobie życie.

wtorek, 17 maja 2011

Kyoichi Katayama "El año de Saeko" (tytuł oryginału: "Funadomari made")

Kyoichi Katayama po raz wtóry pokazał się w Hiszpanii. Co takiego mają w sobie Japończycy, że potrafią w tak subtelny, delikatny sposób pisać? Z Katayamą spotkałem się po raz pierwszy jakieś dwa lata temu, przy okazji innej książki. Pamiętam, że chociaż nieźle napisana, nie zrobiła na mnie spodziewanego wrażenia. Oczekiwałem niezwykłej historii, na miarę wielkiego rekordu sprzedaży - ponad 3 miliony egzemplarzy w Japonii. Czegoś w rodzaju kolejnego w tej kategorii "Norwegian wood". Tymczasem ze zdziwieniem przeczytałem łzawą opowieść o miłości nastolatków ze śmiertelną chorobą w tle. Owszem ciekawe, ale skąd ten rekord? Tego nie wiem, wiem natomiast że kolejną książkę, "El año de Saeko" będę pamiętał długo. Saeko oczekuje dziecka. Swojego męża poznała przed pięciu laty, kiedy noc w noc opłakiwała nieudane małżeństwo. Shun'ichi mieszkał za ścianą, zakochał się w jej płaczu. Zgodne, spokojne i może nawet nieco nudnawe życie małżeństwa przerywa prośba siostry Saeko, Izumi. Prośba dość niezwykła. Izumi nie może mieć dzieci, usunięto jej macicę z powodu nowotworu. Saeko zgadza się i za sprawą specjalistycznych zabiegów nosi w sobie biologiczne dziecko swojej siostry i jej męża. Wraz z rozwojem ciąży, Saeko coraz bardziej czuje się matką dziecka. Balansuje na granicy między zdrowiem i chorobą psychiczną. Wystawia na ciężką próbę swój związek z Shun'ichim. Katayama po mistrzowsku przedstawił narastającą frustrację, wynikającą z niecodziennej sytuacji. Bardziej daje do zrozumienia niż opisuje. Stawia więcej pytań niż odpowiedzi. Nie od dziś wiadomo, że nauka i technologia dają niewyobrażalne do niedawna możliwości. Czy naprawdę powinniśmy ze wszystkich bez wyjątku korzystać? W epoce dostępu do niemal wszystkiego, dostęp ten jest jedynie kwestią ceny dyktowanej przez wolny rynek. W macicy Saeko, pisze Katayama, jest obecny dziki kapitalizm i być może jej (Saeko) szaleństwo - a raczej jej zdrowy rozsądek - był odrzuceniem tego barbarzyństwa. Oprócz trudnych pytań jest też w powieści miejsce na piękno życia, bezwarunkową miłość i godność śmierci. Przeczytałem z przyjemnością.

sobota, 14 maja 2011

"Norwegian Wood" - znowu to samo - książka była lepsza. Dużo lepsza.




Mógłbym się chyba poczuć wyróżniony, w środę obejrzałem "Norwegian Wood". Poszedłem do kina podekscytowany perspektywą wielkiej emocjonalnej uczty.  Jednak czuję się dużo bardziej zawiedziony niż wyróżniony. Piękna książka została zbeszczeszczona. Tak, nie waham się użyć tego słowa. Powiem więcej, została zbrukana, zmarnowana, sponiewierana a co najgorsze ukazana jako bezmiernie nudna. Obraz utrzymano w konwencji radzieckiego filmu obyczajowego z lat 60 tych XX wieku. Nuda. Rozwlekłość. Gdzie się podział Komandos? Gdzie pobudka i wciąganie flagi? Nuda. Brak fabuły. Dla osoby nie znającej książki całość kompletnie niezrozumiała. Nuda. Dlaczego reżyser postanowił zepsuć tak piękną historię pewnie nigdy się nie dowiemy. Za coś takiego powinien siedzieć.  Może Murakami skrzywdził go w przeszłości i mamy do czynienia z bezwzględnym odwetem godnym Edmunda Dantesa? Przyjmując taką hipotezę roboczą muszę przyznać że zemsta była sroga. Zaprawdę, jeśli ktoś zechce rozpocząć znajomość dzieł Harukiego od pójścia do kina, nigdy w życiu nie sięgnie po żadną z jego książek. Aby uczciwie przedstawić moje wrażenia, nie mogę przemilczeć nielicznych dobrych stron filmu. Pozytywnymi bohaterami są w wymienionej  kolejności:

1. japońska przyroda - ach te zielone lasy, falujące trawy, spienione bałwany bijące w skaliste wybrzeże,
2. uroda aktorek - Naoko i Midori - tak różne a każda na swój sposób urzekająca, oraz
3. tytułowa piosenka The Beatles.

To jednak za mało aby ocenić film w całości pozytywnie. U mnie ma niedostateczny z małym plusikiem za aspekt wizualny.
Pewnie każdy szanujący się murakaminofil będzie chciał wyrobić sobie własne zdanie na temat adaptacji "Norwegian Wood". Nic w tym dziwnego, jednak moim zdaniem wystarczy obejrzeć zwiastun a potem zaszyć się gdzieś z wiadomą książką i przeżyć to jeszcze raz. Tak właśnie mam zamiar uczynić.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Haruki Murakami "1Q84" tom 2

Murakami postanowił się zaangażować. Nie wystarcza mu już pisanie ciekawych książek. Zdecydował się na bezpośrednią krytykę współczesnego społeczeństwa, środowiska pisarzy, fanatycznych sekt. Wydaje mi się, że lepiej wychodziło mu pisanie kiedy nie celował z lufy swego celnego pióra do żadnej konkretnej grupy złoczyńców. Kiedy pisał bardziej dla przyjemności, z wewnętrznej potrzeby. Tym razem widać wyraźnie inną motywację, wynikającą z poczucia odpowiedzialności. Tłumaczę to sobie mniej więcej tak:
Ja, Haruki Murakami jestem osobą opiniotwórczą. Nie zabiegałem o to, ale tak jest. W żaden sposób nie mogę zaprzeczyć. Skoro osiągnąłem po latach taki status, ignorowanie rzeczywistości byłoby dziecinnePowinienem napisać tak, aby skierować uwagę milionów moich czytelników w odpowiednim, pożytecznym z punktu widzenia ludzkości kierunku.
Niestety w wyniku tak postawionego zadania, pomimo zachowania nienagannego warsztatu, najnowsza książka mojego ulubionego autora jest mniej autentyczna od poprzednich, robi wrażenie kontrolowanej przeróbki wcześniejszych dzieł. Zabrakło świeżości. Choć być może nieco narzekam i tak dałem się uwieść, wciągnąć w świat roku 1Q84, wyobrazić smak krewetek w imbirze z jarzynami, zatrzymać ze wszystkich sił palec Aomame pociągający za spust. Dałem się zmanipulować i współczułem Liderowi, że musiał biedak współżyć z jedenastoletnimi dziewczynkami, cierpiąc z powodu wielogodzinnych wzwodów. Kręciłem się wokół, wypatrując nitek do zrobienia powietrznej poczwarki. Znalazłem na karku ten punkt. Murakami jest diabelnie inteligentny, na pewno przygotuje jeszcze niejedną zaskakującą historię.

wtorek, 22 marca 2011

Czy można pomóc Japonii?

Pytanie to dręczy mnie od ponad tygodnia. Oczywiście, można wpłacić jakąś sumę na konto odpowiedniej organizacji i już. Jednak nie przekonuje mnie taki tok rozumowania. Można by pojechać i pomagać, ale czy nie byłoby w tym więcej niedyskretnego podglądania i przeszkadzania niż pomagania? Japonia i Japończycy na pewno dadzą sobie radę, zabiorą się za poszukiwanie alternatywnych źródeł energii i niebawem je odnajdą. Przydałby się jednak mały impuls z zewnątrz, przyjacielski kopniak w tyłek na szczęście. Tego właśnie kopniaka mam zamiar im zaserwować. Postanowiłem kupować japońskie produkty, zawsze kiedy będzie to możliwe. Znajomy stwierdził że dobrze robię sobie a ja pytam: co w tym złego? Po takich zniszczeniach każda pomoc się przyda.