poniedziałek, 10 października 2011

Erupcja

Tak, dzisiaj rano zaczęła się najprawdziwsza podmorska erupcja wulkaniczna na głębokości 1200-2000m w odległości 7 km od południowego krańca Hierro. Jak podają geolodzy a za nimi prasa, nie wiadomo na razie czy z dna morskiego wydobywa się magma czy tylko gazy. Wiadomo że erupcja ma miejsce w szczelinie powstałej na skutek sobotniego trzęsienia ziemi o sile 4,3 stopnia w skali Richtera. Na bieżąco śledzimy doniesienia mediów z ciekawością czekając na kolejne wydarzenia. Czy ciąg dalszy nastąpi?

niedziela, 9 października 2011

Wojciech Kuczok "Gnój", "Senność"

 Tak się złożyło że obydwie książki przeczytałem jedna po drugiej. "Gnój" zrobił wrażenie. Pamiętam z dzieciństwa kamienice jak ta z okładki obok. Odpadające tynki. Tuż za bramą smród wymiocin i moczu. Na schodach ten który nigdy nie trzeźwieje zastygł w akrobatycznej pozycji. W mieszkaniach symultaniczne bicie żon. Krzyczą głośno prowokując przekleństwa zaprutych małżonków. Sześciolatki palą na podwórku za śmietnikiem. Dwunastolatki wyciągają zębami plastikowy korek z trzeciego jabola. Piętnastolatki poszły dać komuś po mordzie. Kuczok ma dar obserwacji i narracji. Dom o którym pisze jest bardziej autentyczny niż zmyślony. Historia opowiedziana z perspektywy dziecka ze strasznej przemienia się we wstrząsającą. Widowiskowe, surrealistyczne zakończenie dopełnia dzieła jak dobrze dobrana przyprawa. Po takim pierwszym daniu, drugie ("Senność") jest zaledwie odgrzewanym mielonym kotletem. Przypomniała mi się myśl przewodnia z "1Q84": są pisarze którzy mają coś do opowiedzenia ale nie potrafią tego opisać i są tacy, którzy potrafią pisać ale nie wiedzą o czym. Kuczok według mnie należy do drugiej grupy. Ciekawy i odważny język, zabawa słowem, trafne neologizmy. Niestety, w "Senności" nie znalazłem żadnego interesującego nowego pomysłu. Znalazłem gnojem przybraną kalkę. Ten sam wrażliwy młodzieniec zawodzi oczekiwania brutalnego ojca. Rodzice się nienawidzą. Duszna atmosfera. Młodzieńcy w obu książkach mają podobną pracę w suterenie i przyglądają się z oddaniem przechodzącym na wysokości ich oczu nogom. Och, przepraszam! Ten z "Senności" oprócz nóg ogląda również cipki. Cóż za frapujące rozwinięcie tematu. Zawiódł mnie pan, panie Kuczok. Tak ładnie pan pisze, tak dokładnie o niczym. Miał pan rację, że dla pisarza pisanie o pisarzu nie mającym pomysłu na pisanie jest pomysłem skazanym na klęskę. Dlaczego nie posłuchał pan własnej rady? Ma pan talent, ale na razie brakuje panu pomysłów. Proszę odpocząć jeśli jest pan zmęczony albo zająć się czymś jeśli czuje się pan znudzony. Może wyskoczy pan ze swojej codziennej rutyny, przeżyje coś nowego i zaserwuje jedyny w swoim rodzaju deser, specjalność kuchni?
Z całego serca panu i sobie tego życzę.

ps: najlepsza jest okładka.

piątek, 7 października 2011

Nuevo fraude


 
Mucho cuidado con las compras por Internet. Me lo termina de pasar un íntimo amigo, así que mucho cuidado
¡Mucho ojo con E-Bay!

NUEVO FRAUDE POR E-BAY
Pagué 150,00 euros por un aparato que te hacía crecer el pene inmediatamente...
¡Y los hijos de puta me mandaron una lupa!

¡Ya estais advertidos!

wtorek, 4 października 2011

Abraham Verghese "Hijos del ancho mundo" ("Cutting for Stone")

Nareszcie dopadłem książki od której nie można się oderwać! Autor: Abraham Verghese. Zwróciłem na niego uwagę podczas zwiedzania księgarni. Wolę zwiedzanie księgarń niż muzeów bo można dotykać eksponatów. Początkowo zaciekawiła mnie notka biograficzna. Pochodzenia hinduskiego, wychowany w Etiopii, mieszka w USA. Leczy ludzi, uczy studentów, pisze książki.
Już od pierwszych stron wiedziałem że nie będzie łatwo rozstać się z opowiadaną historią. A rzecz jest o losach bliźniąt urodzonych w szpitalu Missing w Addis Abebie. Matka, zakonnica instrumentariuszka, umiera podczas porodu. Ojciec chirurg, w tym samym dniu znika bez śladu. Chłopców adoptuje para lekarzy z tego samego szpitala, wychowują się na jego terenie. Dorastają połączeni szczególnie mocnymi więzami, które w brutalny sposób zostają przerwane. Obydwaj interesują się medycyną, obydwaj na swój sposób osiągają sukces. Ostatecznie, w dramatycznych okolicznościach jest im dana możliwość pojednania po latach. Nie próbuję tu streścić ponad 550 stron powieści. Wyjątkowo dobrze napisanej powieści. Przy okazji opisywania perypetii życiowych bliźniąt, Verghese z lekkością wprowadza czytelnika w najnowszą historię Etiopii. Majaczy w oddali cesarz Haile Selassie, potomek króla Salomona i królowej Saby, przedstawiciel najstarszej dynastii w historii ludzkości. Etiopia jest ukazana jako kraj o wielowiekowej kulturze, gdzie korzenie chrześcijańskie sięgają czasów apostołów. Kraj wielki i bogaty duchem. Miejsce, które chciałoby się kiedyś odwiedzić, którego smaki i zapachy w jakiś magiczny sposób udało się odczytać z zadrukowanych stron.  Kolejnym bohaterem drugiego planu jest medycyna. Akcja powieści rozciąga się pomiędzy rokiem 1947 i 2008. Skok wiedzy, możliwości diagnostycznych i leczniczych w tym okresie był niewiarygodny i tę rewolucję Verghese uchwycił po mistrzowsku. Jest też wątek polski, a nawet dwa. W latach 70 tych w szpitalu Missing pojawia się polski dyplomata. Sugestywny opis zabiegu operacyjnego jakiemu jest poddawany lepiej przeczytać na siedząco i ze szklanką wody w zasięgu dłoni. Drugi Polak to Ryszard Kapuściński. Autor poświęca mu cały akapit w części poświęconej materiałom źródłowym, podkreślając znaczenie "Cesarza" dla zrozumienia przez niego patologicznych mechanizmów rządów Haile Selassie. Podsumowując, Verghese dostarcza bogatej, dobrze przemyślanej i skonstruowanej historii, którą czyta się jednym tchem. Ciekawe pomysły, niebanalne zakończenie. Ciekaw jestem kolejnych książek.

poniedziałek, 3 października 2011

O wyższości gór

Taka piękna sobota... Wstajemy o szóstej. Noc, ciemno i cicho za oknem. Zbiórka o siódmej tam gdzie zwykle. Krótki postój w cafeterii na stacji benzynowej. Zamawiamy kanapki na wynos, coś do picia. Zostawiamy samochody w Los Silos, taksówki czekają na placu pod kościołem. Jedziemy do Los Erjos. Teraz dopiero przypomina mi się dlaczego wolę góry.
  1. Więcej widać.
  2. Bardzo ładnie pachnie.
  3. Nie ma tłumów.
  4. Można oglądać chmury z góry.
  5. Im wyżej tym ludzie sympatyczniejsi.
  6. Można pogadać ze wszystkimi i z każdym z osobna.
  7. Plecak miło masuje ramiona.
  8. Woda lepiej smakuje.
  9. Jedzenie też lepiej smakuje.
  10. Z plaży nie widać jak tu pięknie.
  11. Stąd widać plaże.
  12. I inne.
Po powrocie kolejny raz dziwię się że... Nadal odkrywamy nowe miejsca na tej malutkiej, przytulnej wysepce.

czwartek, 29 września 2011

Andi Baiz "La cara oculta"

"Hay puertas que nunca deberían abrirse" - są drzwi, których nigdy nie należy otwierać. Takie motto głosi plakat z filmu i trudno o lepsze. Film został zrobiony znakomicie, perfekcyjnie opowiedziana historia. Młody, zdolny dyrygent z Barcelony przyjmuje roczny kontrakt w filharmonii w Bogocie. Jedzie do Kolumbii z dziewczyną, zakochaną ale nie bezkrytyczną. Kiedy ta zaczyna podejrzewać romans lubego z jedną ze skrzypaczek, znika z dnia na dzień pozostawiając pożegnalne nagranie wideo. Chłopak załamuje się, ale dość szybko znajduje śliczną pocieszycielkę, wydobywającą go skutecznie z oparów whisky. Do tej chwili historia banalna, ale upłynęło może 5-6 minut filmu. Dalej wciska w fotel i powoduje totalny zanik poczucia czasu. Zaskakujący obraz, świetna muzyka. Zrobiony oszczędnie ale z wizją. Rewelacyjny. Autorzy nie kryją inspiracji "Dzieckiem Rosemary". Potrafili osiągnąć podobny poziom napięcia opowiadając o wiele prostszą i bardziej wiarygodną historię. Ta wiarygodność i prawdopodobieństwo nadają mocy i nie pozwalają o nim zapomnieć. Dawno już nie widziałem tak pełnego filmu. Oj dawno. Należałaby się przyjrzeć bliżej zdolnemu kolumbijskiemu artyście, potrafiącemu wyprawiać takie cuda z wysokości reżyserskiego stołka.

ps: lepiej nie oglądać zwiastuna...

poniedziałek, 26 września 2011

Wulkan Teneguia na Palmie (erupcja w 1971r.) widziany z wulkanu San Antonio
Nieczęsto pamiętam o tym że Wyspy Kanaryjskie są pochodzenia wulkanicznego. Nie, to nie tak. Pamiętam bo codziennie patrzę na różne wulkany. Niektóre z nich traktuję z większą serdecznością, są moimi ulubieńcami jak na przykład te z Güimar czy Montaña Mostaza. Lubię na nie patrzeć, podziwiać ich piękno, myśleć o tym jak wyglądały ubrane w pióropusze ognia w dniu swoich narodzin. Nieczęsto natomiast pamiętam o tym że być może jeszcze dziś czy jutro, może za 20 lat, będziemy mogli być świadkami prawdziwego wybuchu. Piszę o tym, bo od dwóch dni obowiązje żółty alert na Hierro a prawdopodobieństwo erupcji sięga 20%. Wybuchnie czy nie wbuchnie, my na razie czekamy a na sąsiedniej wyspie ćwiczą realizację planów ewakuacji.   Może będzie tylko ładny spektakl, może wielkie zniszczenia a może na razie rozejdzie się po kościach. Zobaczymy, a tymczasem zamieszczam majowe fotki najmłodszego (jeszcze) hiszpańskiego wulkanu...
...na krawędzi krateru, zaglądając do środka...