czwartek, 15 lipca 2010

Wakacje kulinarnie

Wakacje dobrze jest smakować. Zakodowałem sobie bardzo dobrze tę myśl parę lat temu. Zbyt często zapominamy o tym, że oprócz wzroku, słuchu i dotyku, mamy do dyspozycji węch i smak. Na talerzu prezentuje się pięknie kawałek przepysznej koniny. Kiedy robiłem to zdjęcie, jeszcze nie wiedziałem że jest przepyszna, ale przynajmniej pięknie wyglądała i pachniała. W ustach miękka i soczysta, rozpływająca się na podniebieniu. Każdy kęs prowadził na pogranicze rozkoszy, wprawiał w zachwyt nad umiejętnościami kucharza. I nad nieznanymi mi dotąd zaletami koniny. Zamówienie złożyłem z mieszanymi uczuciami. Po raz pierwszy w życiu miałem zjeść konia. Ciekawość jak zwykle wzięła górę nad obawą. Na szczęście!
Powiedzenie "zjadłbym konia z kopytami" nabrało dla mnie całkiem nowego znaczenia a pomysł wyjazdu do Włoch na konie nie ma nic wspólnego z hippiką.

Deser również zasłużył na uwiecznienie. Kula waniliowych lodów nadziana gorącą czekoladą, z kawałkami karmelizowanej brzoskwini dla kontrastu. Wszystko podlane karmelem z listkami sezamowym i miętowym, posypane czekoladą dla dopełnienia kompozycji. Pycha! Na koniec znakomita kawa  i rachunek nie powodujący zawału serca, ani przemożnej chęci ucieczki z miejsca przestępstwa bez uregulowania należności.



Teraz informacja najważniejsza. Dokładny adres na wypadek luk pamięci. Północne Włochy, Val di Fassa, miejscowość Canazei, restauracja przy hotelu "Rita".

niedziela, 27 czerwca 2010

Kazuo Ishiguro "Nocturnos"

Pięć opowiadań brytyjskiego Japończyka. Przeczytałem zaledwie jedno i te niespełna 40 stron wydaje mi się najlepszym co wyszło spod pióra Kazuo. Krótko, mocno, głęboko, dźwięcznie. Jak dzwon. Prosta fabuła. Gitarzysta z Polski chałturzy w kilku kawiarnianych zespołach na placu św. Marka w Wenecji. Pewnego dnia dostrzega przy stoliku amerykańskiego piosenkarza z dawnych lat, idola swojej matki. Wracają wspomnienia z dzieciństwa. Jan podchodzi do stolika, przedstawia się i po krótkiej rozmowie otrzymuje propozycję wspólnego wykonania kilku piosenek z repertuaru Amerykanina. Nie ma to być zwykły koncert, tylko niespodzianka dla ukochanej, wieczorem, z gondoli, pod oknem hotelowego pokoju. Umawiają się i realizują plan. Rezultat jest zaskakujący, jak zwykle u Ishiguro gorzkawy w smaku. Można by spytać: i co w tym ciekawego? Jednak nie chodzi o to jak banalna historia jest opowiedziana, tylko w jaki sposób. A opowiedziana jest po mistrzowsku. W niewielu słowach maluje pejzaże, odsłania smutne kulisy starcia miedzy sukcesem w show biznesie i możliwością osiągnięcia osobistego szczęścia. Perełka!

wtorek, 22 czerwca 2010

Z okazji Mundialu - piłkarsko!

Hitonari Tsuji "El buda blanco"

Kolejna piękna książka japońskiego pisarza. Pisarza, poety, muzyka, filmowca... Mniej istotne jest gdzie go zaszufladkować. Ważniejsze jak pisze. A pisze tak, że zaraz po skończeniu powieści mam ochotę przeczytać kolejną. To książka o życiu i śmierci. O tym co istotne. O narodzinach człowieka i człowieczeństwa w człowieku. Na nieco ponad 300 stronach zmieścił historię zainspirowaną życiem swojego dziadka, snycerza, rusznikarza, wynalazcy i patriarchy rodziny. Poznajemy Minoru na łożu śmierci, wracającego w ostatnich minutach życia do najważniejszych wydarzeń i przeżyć. Hitonari skupia się na przedstawieniu zdarzeń z pozoru nieistotnych. Zapadają jednak głęboko w pamięć, pozwalają zrozumieć w jaki sposób stary człowiek osiągnął pełnię życia i akceptację śmierci. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie scena walki z czerwonoarmistą na Syberii. Zakopany w śniegu. Zmarznięty. Zmęczony i wyczerpany psychicznie. Czekając na dogodny moment aby zastrzelić wroga, zaczyna widzieć w nim siebie. Takiego samego jak on młodego człowieka, chcącego po prostu przeżyć. W pewnym momencie dostrzega płatek śniegu na lufie karabinu. Zapominając o przeciwniku, koncentruje się na pięknie płatka. Szokuje kontrast miedzy śmiertelnym pojedynkiem i ulotnym dziełem sztuki, utkanym z drobnych kryształków lodu... Płatek topnieje pod wpływem oddechu. Minoru ostatkiem sił zrywa się do walki. Przypadek sprawia, że to nie on umiera w śniegu z kulą w brzuchu, bagnetem w piersiach, krwią w ustach. Nigdy już nie zapomni człowieka którego zabił. Nie zapomni koloru oczu niespotykanego w Japonii.
Szkoda, że nie potrafię oddać emocji, jakie budzą się podczas lektury "Białego Buddy". Na szczęście mogę wrócić do książki i przeżyć to jeszcze raz. Mogę poszukać innych pozycji Hitonariego. Mogę  obejrzeć jego filmy. I zrobię to. Hitonari Tsuji, na dziś odkrycie roku 2010.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Wybory 2010

Nie waham się nazwać wczorajszego dnia historycznym. Polonia na Teneryfie po raz pierwszy miała okazję wziąć udział w wyborach. Mam nadzieję, że to początek nowej tradycji i w kolejnych głosowaniach również będziemy mogli uczestniczyć. Atmosfera była szczególna, to nie był zwyczajny dzień. Nie zabrakło pysznego makowca. Dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że niemożliwe stało się możliwe...

piątek, 18 czerwca 2010

Jestem męskim szowinistą.

Pisuję tu od nieco ponad pół roku i ciągle nie bardzo wiem po co. Po przeczytaniu poprzedniego posta trochę rozjaśniło mi się w głowie w tej kwestii. Okazuje się, że pisanie pozwala mi lepiej poznać siebie, własne ciemne strony, ułomności wymagające mniej lub bardziej pilnej korekty. Tym razem uświadomiłem sobie, że jestem męskim szowinistą. Być może nawet szowinistyczną świnią, jednak po kolei. Skrytykowałem ostatnio pewnego japońskiego pisarza za przywłaszczenie sobie pamiętnika kochanki. Podałem jego imię i nazwisko a właściwie pseudonim pod którym publikował, pozostawiając w cieniu osobę okradzionej autorki. Tak się nie robi. Nie kopie się leżącego. Japońska kobieta w połowie dwudziestego wieku miała prawdopodobnie mniej praw i swobód niż Hiszpanka w epoce Franco. Przykład ze "Zmierzchu": Kazuko odważyła się poprosić brata, pijaka i hulakę o pozwolenie na wyjazd do Tokio dopiero wtedy, kiedy ten pojawił się w domu w towarzystwie kochanki, której mogła powierzyć zaszczytną funkcję kucharki.
Blog uświadomił mi, że podobnie jak Dazai zmarginalizowałem rolę prawdziwej autorki. Dzięki Blogu! Przepraszam i postaram się poprawić. Zacznę od tej, która napisała  "Dzienniki zmierzchu". Nazywa się Shizuko Ōta i padła ofiarą intelektualnego piractwa. Jeszcze raz. Jej imię brzmi: Shizuko Ōta! 

Do diabła z Dazai'em!

wtorek, 15 czerwca 2010

Dazai Osamu "Zmierzch"

Książka podczas czytania wydała mi się niespójna, nieuporządkowana. Nawet niechlujna. Jakby napisana przez kilka osób, niekoniecznie wzajemnie się rozumiejących. Sprawa wyjaśniła się częściowo po dotrwaniu do końca i zapoznaniu z posłowiem, napisanym chyba przez tłumacza, Mikołaja Melanowicza. Tu mała uwaga do wydawnictwa: nie znalazłem w książce informacji kto jest autorem ciekawego posłowia, jest opatrzone jedynie datą. Czepiam się dlatego, że na tych końcowych kilku stronach zawarty jest klucz do zrozumienia "Zmierzchu". I nie wiem komu podziękować za ten klucz...
Ale do rzeczy. Otóż słynny legendarny japoński pisarz Dazai Osamu skradł z pamiętnika swojej kochanki znaczną część tekstu. Przepisał słowo w słowo. I to co przepisał jest moim zdaniem najlepszą częścią książki. Częścią, która została wydana w Japonii przez prawdziwą autorkę. Dazai domieszał do tego trochę bredni narkomana, szczyptę marksizmu oraz próby interpretacji nauki Jezusa. Powstała nieskładna całość, wywołująca konfuzję. Na szczęście odnalazłem też kilka ciekawych fragmentów. Mocne wrażenie sprawia pożegnalny list samobójcy Naoji'ego do siostry. Wydaje się szczery i prawdziwy. Prawdziwszy nawet, kiedy uświadomiłem sobie, że od wydania książki do samobójstwa Osamu minął niewiele ponad rok. Warte grzechu są komentarze biblijne z pozycji japońskiego lewicującego libertyna. Np. zalecenie Jezusa aby nie nadużywać wina prowadzi do wniosku, że był on (Jezus) z pewnością pijakiem i jedna butelka (wina) nie robiła na nim najmniejszego wrażenia. Przyznam, że nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie Jezusa pijącego wino z gwinta. Po takim ćwiczeniu umysłowym czuję się co najmniej weselszy :)
Skończyłem czytać książkę wczoraj i miałem zamiar napisać że jest kiepska a autor/plagiator niewart swej sławy. Jednak dzisiaj przez cały dzień wracałem do niej myślami. Coś w niej głębiej tkwi. Coś, czego nie dostrzegam z braku odpowiedniego wykształcenia i oczytania. Coś, co bardziej  wyczuwam niż potrafię sprecyzować.